10.08.2023, 09:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2023, 10:37 przez Brenna Longbottom.)
Zapewne nie świadczyło o Brennie dobrze, że w tej chwili zupełnie nie troszczyła się o skrzatkę i o to, że ta zostanie ukarana za wpuszczenie jej do domu oraz zniszczenie drzwi. Nie pomyślała o tym wszystkim nawet. Kiedy zobaczyła, że jakaś ciemna sylwetka wchodzi do pokoju Lestrange, była pewna, że robi to po to, by zamordować Victorię i liczyło się tylko powstrzymanie napastnika. Tylko to, że sen nie był snem, że wszystko... wszystko co je spotkało, okazało się prawdą.
Okrzyk „panicz Rookwood” wcale nie sprawił, że Brenna natychmiast uznała, że to wszystko jest pomyłką. Przez głowę przebiegły jej tylko myśli o tym, że Rookwoodowie są znani z pracy dla Departamentu Tajemnic, że mają wiedzę o formach magii niedostępnych dla innych, że małżeństwo Victorii było zaaranżowane, a on był wampirem, i że Rookwoodowie mieli już w rodzinie przypadek pozbywania się niewygodnego krewnego.
Być może to wszystko, co je spotkało, było winą Sauriela.
Skąd inaczej wziąłby się tutaj nad ranem, wyraźnie nieproszony, skoro nie spodziewała się go ani skrzatka, ani Victoria? Po co miałby się pojawiać w ten sposób? Gdyby chodziło o schadzkę, nie wybraliby przecież domu, pod którego dachem spała pani Lestrange… (Oby dalej spała. Jej sypialnia była chyba w innej części posiadłości, ale trzask wyłamywanych drzwi mógł dotrzeć i tam. Sytuacja była dostatecznie trudna bez matki Victorii, domagającej się wyjaśnień tego zamieszania.) Brenna nie miała przecież pojęcia, że magia Beltane szepce o tym, że ta druga osoba jest w niebezpieczeństwie…
Brenna potknęła się znowu: o tę nieszczęsną sznurówkę i wyrżnęła o łóżko. Ale zaraz wyciągnęła rękę, w której nie trzymała różdżki, ku Victorii.
- Powinnam była go dorwać, kiedy pierwszy raz cię dotknął – wyszeptała. Nie przepraszała już, ale to była prawda. Tam, w Wielkiej Sali, zwaliła sprawę. Zwaliła sprawę, bo jakaś jej część miała znów osiemnaście lat, a osiemnastoletnia Brenna Longbottom nie wiedziała, że kiedy już przewrócisz wroga, powinnaś zadbać, aby się nie podniósł. – Nie wstawaj. Nie ruszaj się, przyspieszysz krwawienie – powiedziała. Jej palce natknęły się na zimną skórę, inna niż we śnie. W pierwszej chwili zamiast uspokoić, raczej ją to przeraziło: bo czy nie oznaczało to, że Tori jest w fatalnym stanie? Dopiero po sekundzie Brenna przypomniała sobie, że Lestrange była w ogniach Beltane, była w Limbo, była taka sama, jak Mavelle.
Wzrok skierowała jednak wcale nie ku rannej, a ku wstającemu Saurielowi.
Bo tak, popełniła ten sam błąd, co wtedy w Wielkiej Sali. I tutaj było to podwójnie niewybaczalne.
Gwałtownie poruszyła się, przesuwając tak, by być między nim a Victorią, różdżka znów wycelowana w Rookwooda. To nie jego widziała w snach, ale wcale nie była pewna, czy nie on odpowiadał za całą sytuację. A nawet jeżeli nie, był teraz wściekłym wampirem, Lestrange natomiast krwawiła z wielu ran. Instynkt kazał atakować, ale mimo wszystko, Brennę wyszkolono, by w takich sytuacjach nie eskalowała od razu, póki nie oceni, co się dzieje. Nie mogła po prostu próbować zamordować Sauriela w sypialni jego narzeczonej.
– Nie podchodź – warknęła. – Czy to mógł być on? – To pytanie kierowała do Victorii. Na ile ufała swojemu narzeczonemu? Na ile go znała?
Chociaż prawdziwe pytanie brzmiało: na ile jej osąd był obiektywny.
Okrzyk „panicz Rookwood” wcale nie sprawił, że Brenna natychmiast uznała, że to wszystko jest pomyłką. Przez głowę przebiegły jej tylko myśli o tym, że Rookwoodowie są znani z pracy dla Departamentu Tajemnic, że mają wiedzę o formach magii niedostępnych dla innych, że małżeństwo Victorii było zaaranżowane, a on był wampirem, i że Rookwoodowie mieli już w rodzinie przypadek pozbywania się niewygodnego krewnego.
Być może to wszystko, co je spotkało, było winą Sauriela.
Skąd inaczej wziąłby się tutaj nad ranem, wyraźnie nieproszony, skoro nie spodziewała się go ani skrzatka, ani Victoria? Po co miałby się pojawiać w ten sposób? Gdyby chodziło o schadzkę, nie wybraliby przecież domu, pod którego dachem spała pani Lestrange… (Oby dalej spała. Jej sypialnia była chyba w innej części posiadłości, ale trzask wyłamywanych drzwi mógł dotrzeć i tam. Sytuacja była dostatecznie trudna bez matki Victorii, domagającej się wyjaśnień tego zamieszania.) Brenna nie miała przecież pojęcia, że magia Beltane szepce o tym, że ta druga osoba jest w niebezpieczeństwie…
Brenna potknęła się znowu: o tę nieszczęsną sznurówkę i wyrżnęła o łóżko. Ale zaraz wyciągnęła rękę, w której nie trzymała różdżki, ku Victorii.
- Powinnam była go dorwać, kiedy pierwszy raz cię dotknął – wyszeptała. Nie przepraszała już, ale to była prawda. Tam, w Wielkiej Sali, zwaliła sprawę. Zwaliła sprawę, bo jakaś jej część miała znów osiemnaście lat, a osiemnastoletnia Brenna Longbottom nie wiedziała, że kiedy już przewrócisz wroga, powinnaś zadbać, aby się nie podniósł. – Nie wstawaj. Nie ruszaj się, przyspieszysz krwawienie – powiedziała. Jej palce natknęły się na zimną skórę, inna niż we śnie. W pierwszej chwili zamiast uspokoić, raczej ją to przeraziło: bo czy nie oznaczało to, że Tori jest w fatalnym stanie? Dopiero po sekundzie Brenna przypomniała sobie, że Lestrange była w ogniach Beltane, była w Limbo, była taka sama, jak Mavelle.
Wzrok skierowała jednak wcale nie ku rannej, a ku wstającemu Saurielowi.
Bo tak, popełniła ten sam błąd, co wtedy w Wielkiej Sali. I tutaj było to podwójnie niewybaczalne.
Gwałtownie poruszyła się, przesuwając tak, by być między nim a Victorią, różdżka znów wycelowana w Rookwooda. To nie jego widziała w snach, ale wcale nie była pewna, czy nie on odpowiadał za całą sytuację. A nawet jeżeli nie, był teraz wściekłym wampirem, Lestrange natomiast krwawiła z wielu ran. Instynkt kazał atakować, ale mimo wszystko, Brennę wyszkolono, by w takich sytuacjach nie eskalowała od razu, póki nie oceni, co się dzieje. Nie mogła po prostu próbować zamordować Sauriela w sypialni jego narzeczonej.
– Nie podchodź – warknęła. – Czy to mógł być on? – To pytanie kierowała do Victorii. Na ile ufała swojemu narzeczonemu? Na ile go znała?
Chociaż prawdziwe pytanie brzmiało: na ile jej osąd był obiektywny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.