"Nie ma takiej istoty, która nie zasługuje na szansę." Jakoś go te słowa ruszyły, aż drgnął, jak dźgnięty patykiem w żebro. Albo w serce? Gdzieś tam, w tamtym zakątku. Spodobało mu się, że tak to powiedział. Tak samo, jak spodobało mu się, że tak go zapewniał. Dobry słuchacz. Dobry słuchacz zwykle więcej słucha o problemach innych, niż się komuś zwierza. Kayden był ciekaw, czy w tym przypadku było tak samo, czy jednak jego przypuszczenia były dalekie od prawdy. Laurent wydawał mu się jakiś taki... ah, cóż za słowo miał na końcu języka? Dobroduszny? Może właśnie dlatego zwierzęta go lubiły... Wyczuwały dobre serce albo serce, które dobre chciało być. Dobroduszny, ale zamknięty w sobie. Nie to, żeby sam był otwartą księgą... jednak gołębie serce bardzo łatwo było zranić. Ale tak... to nie jego sprawa. Mimo tego poczuł do Laurentego sympatię i szacunek, kiedy tak wspomniał o tym, ile trudu musiał włożyć w okiełznanie Michaela. Wymagało to pewnie dużo cierpliwości i siły... Wytrwały. Stanowczy... Kayden uśmiechnął się krzywo, bo te cechy u ludzi cenił. Im dłużej słuchał Laurentego, tym wartościowszym człowiekiem się stawał w jego oczach. Tym bardziej skonfundowany się czuł. Patrzył na ocean, którym targał wiatr, a wzburzone fale nieugięcie uderzały o ląd. Mimo tego wciąż potrafił zachwycić, kiedy woda równała swoją taflę, odbijając słońce jak zwierciadło.
Chciał powiedzieć, że go podziwia za ten ośli upór. Za to, że udało mu się wytresować charakternego abraksana. Za jego poświęcenie i czas, który włożył w to wszystko... ale milczał, bo jego opinia była gówno warta. Mimo tego uśmiechnął się lekko, zerkając na kompleks budynków z aprobatą w oczach. Sposób, w jaki Laurent mówił o swoich zwierzętach i jego zaangażowanie były godne pochwały, nawet tak najmniejszej, jaka mogła paść z jego ust. Ile zwierząt otaczał w ten sposób opieką? Ilu dawał dom? Ile czasu poświęcał na to wszystko? Lata... Dzień w dzień nieustannej pracy... - Robicie tu kawał dobrej roboty... - Powiedział cicho, mrużąc oczy przed słońcem. Oni wszyscy, bo jednak pomoc miał i zasług nie należało odbierać nikomu. Pomiędzy tym całym gnojowiskiem, gdzie wszystko miało swoje parszywe miejsce i każde odchyły były potępiane, wśród tych bogaczy i biedoty, tam, gdzie wciąż czaiło się kłusownictwo, a niektóre hodowle były w opłakanym stanie... taki raj dla zwierząt był cudowny. - Naprawdę niesamowitej...
Na zdziwienie odpowiedział zdziwieniem, które jednak szybko odegnał, marszcząc brwi i wsadzając ręce do kieszeni spodni. Jakby chciał je czymś zająć, nie chwytając za papierosy. Na zarumienioną twarz, co jednak nie umknęło jego uwadze, tylko uniósł brew w górę. Co znowu powiedział nie tak? Miał ochotę zapalić... ale się powstrzymał. Jakoś gryzło się to strasznie z tym miejscem. Nie chciał burzyć tego spokoju tym siwym, śmierdzącym dymem, który i tak mu nie pomoże. - Poproszę kawę... - Westchnął cicho i rozglądnął się w poszukiwaniu miejsca, dzięki któremu nie stałby jak kołek na tym tarasie.
Naprawdę, przedziwne spotkanie.
Nie wiedział co odpowiedzieć na tę propozycję. Miał ochotę syknąć i smagnąć go spojrzeniem jak z bicza, ale się pohamował. Jedynie zmarszczył brwi i odwrócił wzrok, żeby spojrzeć na morze i zanurzyć w nim myśli. Ciekawość była, zaduszona gdzieś głęboko w tym srebrze. W samym rdzeniu... i wcale to nie znaczyło, że im głębiej, tym lepiej. Wręcz przeciwnie. Im bardziej ją zakopywał, tym więcej robali wyłaziło na wierzch. Tyle tylko, że ciekawość była lekiem na nudę, a on nudy nie znosił... Nie chciał wcale o tym myśleć. O tej możliwości. Zły był, że tych drzwi jednak nie zamknął... byłoby mu prościej się od tego odciąć, a tak... a tak, wzrok mu odbiegał w jego stronę. Z tą parszywą ciekawością. Chciałby, żeby trzasnął nimi, aż by zawiasy powypadały. Żeby mu tę możliwość odebrał dosadnie, aż dostałby w ryj. Taką pragnął solucję, a jednocześnie, pragnienie to skradało się ku morskim oczom i jasnym włosom jak jakiś pełzający po ziemi cień. Wyciągający w jego stronę pazury i błagający, by ten żar jednak na nowo rozpalił. Ten ogień, który przez tak krótki czas zdążył rozwiać to znudzenie życiem i liznąć usta płomieniem, wcale ich nie dotykając.
Złe myśli na taką chwilę... Niepoprawne. Sam obraz sprawiał, że promienie słońca wydawały się chłodne w stosunku do tego, co paliło go od środka. Nie. Chlastała stal po rękach, które niemalże sięgały w stronę blondyna. Ciekawość jednak działała jedynie na wyobraźnię. A przynajmniej na razie.
- Pozwolisz, że grzecznie odmówię. - Grzecznie, tym razem, choć powiedział to prawie przez zaciśnięte zęby. Srebro mówiło, co chciało, a ciało i głos słuchały. Był za to wdzięczny sobie samemu. Kayden spojrzał na Laurenta, aż mu oczy zaiskrzyły. - Nie boisz się...? - Zapytał cicho, szeptem prawie, ale wystarczająco głośno, żeby usłyszał. W głosie czaiła się wątpliwość, ale i swego rodzaju potępienie. Nie z tego, jaki był, tylko czym ryzykował. - O te zwierzęta? - Sprecyzował. Nazwisko było wizytówką. Wyklęty przez tych, którzy uważali to za grzech, za chorobę... Straciłby na popularności, na dochodach... na wszystkim. Oczywiście, znaleźliby się i tacy, których by to nie obchodziło, ale... ale jednak, zawsze było to "ale"...
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)