10.08.2023, 18:03 ✶
Serce powoli odzyskiwało prawidłowy rytm. Adrenalina opadała, a wraz z nią – ze zdwojoną siłą – uderzyło zmęczenie. Brenna najchętniej usiadłaby po prostu i już się nie podniosła. Nie mogła jednak. Jeszcze nie.
Przeniosła spojrzenie na Victorię. Powinna dowiedzieć się, co działo się, zanim ta poszła spać. I zanim ona sama pojawiła się w hogwarckiej Wielkiej Sali. Porównać ich spostrzeżenia. Ale Lestrange była słaba, ranna, zdezorientowana. W znacznie gorszym stanie niż sama Brenna. To nie była pora na urządzanie przesłuchań.
Kiedy skrzatka poiła swoją panią eliksirem, Brenna ponownie uniosła różdżkę, ale nie, nawet przez sekundę nie celowała tym razem w Sauriela. Drzwi uniosły się i z powrotem osadziły w zawiasach. Nie zamierzała już walczyć, zgodnie z przykazem skrzatki, przynajmniej dopóki Rookwood nie planował próbować pozbawić jej różdżki. Wcale nie była pewna, czy osąd Victorii jest obiektywny. Nie po tym, do jakiej przemiany doszło w Saurielu ledwo chwilę temu. Ale nie miała prawa podważać słów Lestrange.
Victoria była dorosła, a Brenna nie mogła ochronić jej przed nią samą. Zresztą ta twierdziła... że wyczuł, że coś groziło jego partnerce? To wyjaśniałoby, skąd się tutaj wziął akurat o tej porze. Czy wampiry potrafiły robić takie rzeczy? Wypiły czyjąś krew, a potem wyczuwały niebezpieczeństwo? Umysł Brenny próbował znaleźć jakieś wyjaśnienia dla tego wszystkiego... i cóż, zupełnie nie trafiała, ale nawet jeżeli sama ogłupiała przez Beltane, nie zdawała sobie jeszcze w pełni sprawy z konsekwencji rytuału. Ją samą raczej nawiedzało od czasu do czasu nieprzyjemne przekonanie, że Atreus Bulstrode właśnie jest z jakąś kobietą, a powtarzanie samej sobie, że to nie jej sprawa, a on jest zaręczony, niezbyt pomagało.
Nie skomentowała ich drobnego sporu o to, czy budzić Lestrangów. Victoria na pewno potrzebowała medyka, ale Brenna wcale nie była pewna, czy ściąganie tutaj matki kobiety to dobry pomysł.
– Przepraszam – powiedziała cicho. Tym razem nie za to, że pozwoliła, aby coś się jej stało, a z powodu wszystkiego, co nastąpiło później. Ostatecznie narobiła dużego zamieszania i… cóż, mogło się to skończyć tragicznie. – Kiedy zobaczyłam, że ktoś wchodzi tu po ciemku… myślałam, że to znowu tamten mężczyzna. Że przyszedł dokończyć, co zaczął.
Ale jego tu nie było. Obudziły się. Tym razem nie działo się nic, co wykraczało poza zwykłą normę czarodziejów. No dobrze, poza ich normę. Dla większości czarodziejów wampir i wilk walczący w sypialni nie byli „normą”. Czy ten człowiek czaił się gdzieś w okolicy? W domu? Pod domem? Też spał i wniknął w sny kobiety? A może nie był prawdziwy, był maską mistrza marionetek?
Nie pchała się do Victorii, póki był tam Sauriel. Pomiędzy nimi było w tej chwili trochę za dużo nieufności, aby znalezienie się tuż obok siebie było bezpieczne. Obserwowała go jednak uważnie, szukając jakichkolwiek oznak, świadczących o tym, że mógł stracić nad sobą panowanie. Jeżeli domyśliła się, co próbował zrobić – a było to coś absolutnie nielegalne, przynajmniej w teorii – też nie dała tego po sobie poznać. Może za mało wiedziała o nekromancji, a może gdy szło o niektóre zaklęcia, postanowiła być ślepa i głucha. Potem natomiast, kiedy się odsunął, podeszła i przyklękła, sięgając po bandaże i inne środki przyniesione przez skrzatkę.
– Gdyby to był po prostu sen, nie miałabyś tych ran – mruknęła, kręcąc głową. Ale przecież nie przeniósł ich nigdzie fizycznie. Nie mógłby uczynić nocy dniem ani ot tak wedrzeć się do Hogwartu.
– Czy mogłyśmy… być w limbo? – spytała, bo Victoria na pewno znała to miejsce lepiej niż ona. Jakaś kolejna dziwna komplikacja po pobycie tam Lestrange? Ale ona dalej była ciepła, nie czuła żadnego chłodu. Nie wiedziała przecież, że nie tylko Victoria znalazła się w takiej sytuacji, że byli i inni, którzy przeszli przez podobne, mordercze koszmary.
Co tu się stało? Pytała o to skrzatka, potem pytał o to Sauriel. A Brenna niezbyt mogła udzielić racjonalnych wyjaśnień.
– Nie wiem. Na pewno byłam we własnym śnie. Szukałam w Kniei… kogoś. A potem byłam już na błoniach. Wiedziałam, że ma być… bal? Nigdy nie byłam na takim balu w Hogwarcie, ale wydawało mi się, że się na niego wybieram. I że muszę natychmiast dotrzeć do Wielkiej Sali, bo ktoś na mnie czeka… i kiedy tam dobiegłam, zobaczyłam, jak on... dusi Victorię. Nie wiem… nie jestem pewna, czy wciągnął nas obie… on lub ktoś inny… czy może to ty mnie jakoś wezwałaś? Chyba się mnie nie spodziewał.
Przynajmniej tak to wyglądało na początku. Chyba nie oczekiwał, że ktoś mu przeszkodzi. Zupełnie ignorował otoczenie na tym balu.
– Mam nadzieję, że nie jesteś przywiązana do tej koszuli? – spytała jeszcze, przemieszczając się za plecy Victorii. Bo wątpiła, czy eliksir wyleczy od razu całą tę paskudną ranę, a jeżeli miała spróbować ją opatrzyć, choćby prowizorycznie, Lestrange albo musiała ją zdjąć, albo Brenna usunąć magią fragment ubrania. I obojętnie od tego, co Victoria wybrała – była gotowa zabrać się do pracy. Na tyle, na ile było to możliwe, nie będąc uzdrowicielem. Bo tego Victoria zdecydowanie rankiem powinna odwiedzić, jeżeli nie teraz.
Przeniosła spojrzenie na Victorię. Powinna dowiedzieć się, co działo się, zanim ta poszła spać. I zanim ona sama pojawiła się w hogwarckiej Wielkiej Sali. Porównać ich spostrzeżenia. Ale Lestrange była słaba, ranna, zdezorientowana. W znacznie gorszym stanie niż sama Brenna. To nie była pora na urządzanie przesłuchań.
Kiedy skrzatka poiła swoją panią eliksirem, Brenna ponownie uniosła różdżkę, ale nie, nawet przez sekundę nie celowała tym razem w Sauriela. Drzwi uniosły się i z powrotem osadziły w zawiasach. Nie zamierzała już walczyć, zgodnie z przykazem skrzatki, przynajmniej dopóki Rookwood nie planował próbować pozbawić jej różdżki. Wcale nie była pewna, czy osąd Victorii jest obiektywny. Nie po tym, do jakiej przemiany doszło w Saurielu ledwo chwilę temu. Ale nie miała prawa podważać słów Lestrange.
Victoria była dorosła, a Brenna nie mogła ochronić jej przed nią samą. Zresztą ta twierdziła... że wyczuł, że coś groziło jego partnerce? To wyjaśniałoby, skąd się tutaj wziął akurat o tej porze. Czy wampiry potrafiły robić takie rzeczy? Wypiły czyjąś krew, a potem wyczuwały niebezpieczeństwo? Umysł Brenny próbował znaleźć jakieś wyjaśnienia dla tego wszystkiego... i cóż, zupełnie nie trafiała, ale nawet jeżeli sama ogłupiała przez Beltane, nie zdawała sobie jeszcze w pełni sprawy z konsekwencji rytuału. Ją samą raczej nawiedzało od czasu do czasu nieprzyjemne przekonanie, że Atreus Bulstrode właśnie jest z jakąś kobietą, a powtarzanie samej sobie, że to nie jej sprawa, a on jest zaręczony, niezbyt pomagało.
Nie skomentowała ich drobnego sporu o to, czy budzić Lestrangów. Victoria na pewno potrzebowała medyka, ale Brenna wcale nie była pewna, czy ściąganie tutaj matki kobiety to dobry pomysł.
– Przepraszam – powiedziała cicho. Tym razem nie za to, że pozwoliła, aby coś się jej stało, a z powodu wszystkiego, co nastąpiło później. Ostatecznie narobiła dużego zamieszania i… cóż, mogło się to skończyć tragicznie. – Kiedy zobaczyłam, że ktoś wchodzi tu po ciemku… myślałam, że to znowu tamten mężczyzna. Że przyszedł dokończyć, co zaczął.
Ale jego tu nie było. Obudziły się. Tym razem nie działo się nic, co wykraczało poza zwykłą normę czarodziejów. No dobrze, poza ich normę. Dla większości czarodziejów wampir i wilk walczący w sypialni nie byli „normą”. Czy ten człowiek czaił się gdzieś w okolicy? W domu? Pod domem? Też spał i wniknął w sny kobiety? A może nie był prawdziwy, był maską mistrza marionetek?
Nie pchała się do Victorii, póki był tam Sauriel. Pomiędzy nimi było w tej chwili trochę za dużo nieufności, aby znalezienie się tuż obok siebie było bezpieczne. Obserwowała go jednak uważnie, szukając jakichkolwiek oznak, świadczących o tym, że mógł stracić nad sobą panowanie. Jeżeli domyśliła się, co próbował zrobić – a było to coś absolutnie nielegalne, przynajmniej w teorii – też nie dała tego po sobie poznać. Może za mało wiedziała o nekromancji, a może gdy szło o niektóre zaklęcia, postanowiła być ślepa i głucha. Potem natomiast, kiedy się odsunął, podeszła i przyklękła, sięgając po bandaże i inne środki przyniesione przez skrzatkę.
– Gdyby to był po prostu sen, nie miałabyś tych ran – mruknęła, kręcąc głową. Ale przecież nie przeniósł ich nigdzie fizycznie. Nie mógłby uczynić nocy dniem ani ot tak wedrzeć się do Hogwartu.
– Czy mogłyśmy… być w limbo? – spytała, bo Victoria na pewno znała to miejsce lepiej niż ona. Jakaś kolejna dziwna komplikacja po pobycie tam Lestrange? Ale ona dalej była ciepła, nie czuła żadnego chłodu. Nie wiedziała przecież, że nie tylko Victoria znalazła się w takiej sytuacji, że byli i inni, którzy przeszli przez podobne, mordercze koszmary.
Co tu się stało? Pytała o to skrzatka, potem pytał o to Sauriel. A Brenna niezbyt mogła udzielić racjonalnych wyjaśnień.
– Nie wiem. Na pewno byłam we własnym śnie. Szukałam w Kniei… kogoś. A potem byłam już na błoniach. Wiedziałam, że ma być… bal? Nigdy nie byłam na takim balu w Hogwarcie, ale wydawało mi się, że się na niego wybieram. I że muszę natychmiast dotrzeć do Wielkiej Sali, bo ktoś na mnie czeka… i kiedy tam dobiegłam, zobaczyłam, jak on... dusi Victorię. Nie wiem… nie jestem pewna, czy wciągnął nas obie… on lub ktoś inny… czy może to ty mnie jakoś wezwałaś? Chyba się mnie nie spodziewał.
Przynajmniej tak to wyglądało na początku. Chyba nie oczekiwał, że ktoś mu przeszkodzi. Zupełnie ignorował otoczenie na tym balu.
– Mam nadzieję, że nie jesteś przywiązana do tej koszuli? – spytała jeszcze, przemieszczając się za plecy Victorii. Bo wątpiła, czy eliksir wyleczy od razu całą tę paskudną ranę, a jeżeli miała spróbować ją opatrzyć, choćby prowizorycznie, Lestrange albo musiała ją zdjąć, albo Brenna usunąć magią fragment ubrania. I obojętnie od tego, co Victoria wybrała – była gotowa zabrać się do pracy. Na tyle, na ile było to możliwe, nie będąc uzdrowicielem. Bo tego Victoria zdecydowanie rankiem powinna odwiedzić, jeżeli nie teraz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.