— Przez Hogwart przewinęło się kilka dziewczyn o takim imieniu. Większość z nich zapewne lądowała w Hufflepuffie, ale wiesz... — potwierdził z miną znawcy, chociaż tak naprawdę zmyślał, jak z nut. — Puchoni to nie to samo, co Ślizgoni, ale wszyscy koniec końców wylądowaliśmy pod podłogą.
Może to właśnie stąd wzięło się przyzwyczajenie Rabastana do tego, aby spędzać w łóżku długie godziny? Lochy, ciemne komnaty w sąsiedztwie szkolnego jeziora... Drastycznie różniło się to od widoków i stylu jaki zachwalali uczniowie domu gryfa lub domu kruka. Niemalże im zazdrościł. Z drugiej strony, za nic nie zmieniałby Slyherinu na inny dom. Chyba by został wydziedziczony, gdyby wylądował gdzieś indziej.
— Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek potrafił odmówić Bellatriks Black — stwierdził z niewinnym uśmieszkiem na ustach. — Dobrze wiedzieć, że od ukończenia szkoły nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Przez to, że dzielił ich zaledwie rok życia podczas ich przygody z edukacją w murach Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie byli ze sobą nadzwyczaj blisko. Rabastan widział na własne oczy, jak dziewczyna zmienia się wraz z biegiem lat, doskonali się, pięknieje. aż w końcu osiągnęła swego rodzaju status. Wprawdzie ciężko oczekiwać wiele, po kimś tak młodym, tak kobieta pięła się do góry pod najróżniejszymi względami. Rozwój umiejętności magicznych, zawodowy, a przede wszystkim osobisty.
Była niezależna na tyle, na ile pozwalało jej społeczeństwo, ale też nie wahała się, aby pokierować własnym losem. Chociaż idee zwolenników Czarnego Pana były w dużej mierze zbieżne z tym, czego od lat domagały się rodziny czystej krwi, tak nie wszyscy mieli odwagę, aby wykonać pierwszy krok ku lepszej przyszłości świata czarodziejów. I na dodatek ciągnęła za sobą innych. Nie tylko mnie, ale też Rudolfa, pomyślał przelotnie. Może starszy brat by się nie zgodził z tym stwierdzeniem, ale jaka była prawda?
— W takim razie informuj mnie na bieżąco. — Uniósł lekko kąciki ust, zadowolony z tego, że nie musi sobie zawracać głowy tą kwestią.
To nie tak, że oczekiwał, że Bella wyręczy go we wszystkim. Wiedział, że aby osiągnąć pewne wyniki też musi dać coś od siebie. Nie wszystko można było zostawić przeznaczeniu i ślepemu losowi. Czasem trzeba było się przyłożyć. Zapewnienia ze strony kobiety były jednak dla niego kojące; jedno zmartwienie mniej, przez co będzie mógł się skupić na bardziej istotnych apsektach ich małej misji.
— Nieźle trafiliśmy — wyszeptał, gdy skinął już głową na powitanie pracownikowi za ladą.
Rozejrzał się po wnętrzu lokalu. Oprócz nich w lokalu znajdowały się jeszcze dwie osoby, jednak para nie wydawała się zainteresowana usługami fotografa, a raczej zależało im na tym, aby schronić się przed ulewą, która przetaczała się przez Londyn. Kobieta za pomocą różdżki próbowała wysuszyć sobie przemoczone włosy. Rabastan posłał jej pełne współczucia spojrzenie. Okropny los.
— Zostajemy przy tradycyjnych zdjęciach dowodowych, czy spróbujemy jeszcze czegoś dodatkowego? — spytał, przesuwając się w głąb lokalu.
Zatrzymał się przy ścianie, na której zawieszono tablicę z rozpiską oferowanych zdjęć od fotografii portretowych, modowych aż po zdjęcia rodzinne lub... sesje tematyczne. Rabastan z ciekawości przesunął palcem po napisie, a wtedy... Z tablicy wyleciał obłoczek srebrnego dymu, który uformował się w kształt modelu zdjęć o określonych wymiarach. Najpierw pokazał im parę w wiktoriańskich ubraniach wieczorowych, aby po chwili zaprezentować im widmo zdjęcia niczym z balu kostiumowego.
— Niesamowite! — powiedział z zachwytem. — Wyobrażasz sobie, ile to musi kosztować? Musiał nad tym siedzieć prawdziwy specjalista... — Oczy mu zaświeciły. Uwielbiał, kiedy za tego typu artefakty brali się ludzie z kreatywnym talentem. Kto by pomyślał, że w zakładzie fotograficznym można by było się natknąć na coś takiego? — To co? Masz jakieś sugestie, be... bez których się nie obędziesz Mary?