Napisał do Brenny jedno, a prawda była zupełnie inna. Ale tak było bardzo często w przypadku Laurenta. Jedno mówił i robił, co innego czuł. Pięknie się uśmiechał, a wewnątrz przeżywał strasznie to, co go otaczało. W tym wypadku wcale nie było inaczej. Zrobiło mu się niedobrze na myśl o powrocie w tamto miejsce. Cały dzień pracy na polanie, zwieńczone takim znaleziskiem, napełniły jego głowę na nowo parszywymi i paskudnymi obrazami. Sprawiły, że przysiadł na dłuższy moment przed spotkaniem i musiał się skupić na opanowaniu siebie i swojego ciała. Ten obraz był jak żywy. Blade światło z różdżki i ta wysuszona skóra. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się zrozumiał, że to skóra była. Ciało w stanie takim, jakby leżało tam od setek lat. Tylko mundur i dokumenty świadczyły o tym, że to było ledwo kilka, może kilkanaście godzin. Jeśli wystarczająco mocno rozpędzi swój piękny umysł to przecież zetrze te brzydkie obrazy. Poradzi sobie z tym. Prawda..?
Knieja była kiedyś pięknym miejscem i domem wielu stworzeń. Od czasu Beltane stała się martwa.
Biały, wielki abraksan spłynął z nieba na polanę, niosąc na sobie ubranego w brązy i beż Laurenta. Narowisty rumak spojrzał czerwonymi ślepiami na Brennę, rzucił nimi niespokojnie na boki, przesuwając kopytami w miejscu, jakby zwierzę instynktownie wyczuwało naturę tego miejsca. Jakby czuł Śmierć. Obecność kościstej panienki, która bez litości po równi traktowała wszystkich - tych biednych, bogatych, odważnych i tchórzliwych. Zgiął zaraz jednak swoje nogi i położył się na trawie, pozwalając swojemu jeźdźcowi zejść z niego bez konieczności skakania i kiedy nogi Laurenta ziemi dotknęły to jednym ruchem się podniósł i otrzepał, rozwijając swoje wielkie, jasne skrzydła. Lotki odbijały światło słońca, jakby były zrobione z płatków śniegu. Laurent jednak miał już oczy na Brennie. Uśmiechnął się do niej, choć uśmiech ten był mniej odważny i pełen energii, niż go zaplanował. Odetchnął powietrzem, które powinno cieszyć, wypełniać płuca, a przeszedł go chłodny dreszcz w ten piękny, słoneczny dzień.
- Gdzie czerwony dywan i muzyka? Czyżby Gryfoni zaniedbywali gości? - To chyba nie był dobry czas i miejsce do żartów, ale tak naprawdę gdyby zatopili się w tej grobowej atmosferze to nic już by z morali nie zostało. Starał się utrzymywać taki nastrój po tamtej tragedii, kiedy tutaj pomagał i starał się również teraz. Żeby nie dać się temu utopić. Żeby nie dotknąć kościstego ramienia dzierżącego kosę, bo nie wiedział nawet, czy by to wytrzymał. Tym bardziej, jakby to przyjął. - Brenno. - Uśmiechnął się do niej łagodnie, jak starszy brat do młodszej siostry. - Nie masz za co mnie przepraszać. Cieszę się, że mogę ci służyć pomocą. I nie musisz mnie zapewniać, że wiesz, czym jest wdzięczność. Doskonale o tym wiem. - Spoglądał na nią ciepło i ze współczuciem chłodnymi, morskimi oczami. Z wiekiem się zmieniły. Zarówno te jego oczy jak i Brenny. I nie chodziło o kolor. Choć... może to właśnie był kolor życia, który odebrał im blasku.
- Podczas poszukiwań wziąłem tu Jurczaka, ale zapachy pokrywały polanę zewsząd, nie złapał żadnego konkretnego tropu. Nie zabrałem go dziś. Choć, jeśli będzie taka potrzeba, mogę to zmienić. - Czyli go sprowadzić, najzwyczajniej w świecie. Po prostu nie uważał, żeby obecność psa tutaj miała coś zmienić po takim czasie, skoro na świeżych śladach niczego nie mógł znaleźć. Wystarczająco się już spisał - znajdując zmarłego. - Powinniśmy? - Zapytał, wskazując kierunek, w którym ostatnim razem się u dali. Była wtedy noc i chwilę zajęło Laurentowi rozejrzenie się po polanie i zorientowanie, ale jak mało kto potrafił poruszać się po dzikich terenach. I zawsze odnajdywał w nich lepiej niż w środku miasta.
- Poczekam na ciebie. - Odezwał się wielki rumak, składając swoje skrzydła, na co Laurent tylko skinął głową.