Patrick
— Być może — odpowiedział Frank.
Rozglądając się, Patric dostrzegł, że panowie grają w karty nie na pieniądze, a na drobne fanty. Biżuteria, małe książeczki, ozdobne pióra. Nie wyglądało jak część ich osobistego inwentarza, ale nie po to czarodziej przybył do Little Hangleton.
Barman uprzejmie wysłuchał Patricka podczas wydawania mu zamówienia.
— Pan myśli, że starcy tu zaglądają? — Wzruszył ramionami. — Może i kilku by się znalazło, ale tu w okolicy jak ktoś jest stary to i marudny, i woli zdecydowanie towarzystwo siebie niż kogoś stąd. — Zakreślił dłonią półkrąg wskazując zbiorczo na obecnych w pubie. — Poza tym wspomniał pan, że dziadek to samotnik. Jak szukasz staruszków, to zajrzyj do najstarszych domów. Takich bez ogródków, bo kto ma siłę się nimi zajmować... Co ja gadam, tutaj prawie nikt nie ma ogródków. Ziemia za bardzo jest przesiąknięta truposzami. No, idź już pan. Muszę się skupić na pracy.
Mavelle i Brenna
Panie ruszyły w stronę domu Flitwicków. Mieszkali oni trochę w oddaleniu od dziwactw miasteczka. Idąc spod domu Flintów, musiały okrążyć największe zgromadzenie budynków i przejść błotnistą ścieżką pomiędzy zaniedbanymi łąkami, które kiedyś były parkiem. Gęstość zabudowy malała. Tuż obok niewielkiej, ale całkiem uroczej posiadłości Flitwicków, znajdowało się inne przestronne podwórze. Poprzez gęstwinę widać było dom. A raczej budynek, który wyglądał jak niewielkie rodzinne mauzoleum. Równie zaniedbane, jak ogród. Niesamowicie kontrastowało to z równo przystrzyżonym trawnikiem Flitwicków.