12.08.2023, 18:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2023, 18:06 przez Florence Bulstrode.)
- Owszem, „teoretycznie” – potwierdziła Florence, wciąż tym samym tonem. – Jeżeli wcześniej jakiś klątwołamacz miał do czynienia z identycznym rytuałem, to nie zachowały się o nim zapiski. Spotkaliśmy się z czymś zupełnie nowym, może odrobinę podobnych do pewnych klątw, ale wciąż nowym. Nikt nie miał okazji nabrać doświadczenia praktycznego.
Sauriel zapewne miał nadzieję na więcej, ale problem polegał na tym, że to „więcej” po prostu nie istniało. W noc Beltane na Polanie Ognisk doszło do rzeczy bez precedensu, a więź, która powstała pomiędzy uczestnikami rytuału, nie była wcale najbardziej dziwaczną pośród nich.
W gruncie rzeczy i tak mieli szczęście, że skończyło się tylko na tym. Śmiertelnicy dotąd nie przełamywali zasłony między światami.
– Nie jest niebezpieczne, jeżeli zajmuje się tym doświadczony klątwołamacz – odparła Victorii. W rękach partacza w końcu każda magia mogła być niebezpieczna. Ale jeżeli szło o łamanie klątw, to pewność siebie Florence zahaczała już o grzeszną pychę. – Nie sądzę, aby próba przełamania tej więzi miała skończyć się katastrofą. Ale nie mogę zagwarantować rezultatów, dopóki nie spróbuję.
Oznaczało to nie mniej, nie więcej niż: Florence była pewna, że nie zabije Sauriela, Victorii ani siebie, próbując przerwać łączącą ich więź, jednak nie potrafiła obiecać, że sama próba będzie udana. Pewność siebie pewnością, ale ostatecznie szło tutaj o prawa ludzkie, boskie i zatarte granice pomiędzy światami. Wchodzili na niezbadane grunty. I Florence była więcej niż chętna spróbować – ambicja nie pozwalała jej takiej próby nie podjąć – ale też nie zamierzała przyrzekać rezultatów.
Przyznawała to niechętnie, ale istniało ryzyko, że po prostu poniesie porażkę.
– Oczywiście, nie można też zagwarantować całkowitego braku skutków ubocznych – podjęła rzeczowo. – Nie spotkałam się dotąd z ich wystąpieniem, ale to nowa sytuacja. Skoro ta magia tworzy swego rodzaju więź, jej pozbawienie może na przykład wiązać się z czasowym uczuciem przygnębienia czy straty.
Szansę na to Florence oceniała na jakieś pięć procent, ale pięć procent to było znacznie więcej niż zero, znów więc czuła się w obowiązku o tym wspomnieć. Sama była w końcu „ofiarą” tego rytuału. I emocje, jakie odczuwała na jego skutek, zdawały się jej własnymi. Podejrzewała więc, że wyzbycie się ich mogło wywołać trochę taki efekt… jakby zakończyło się właśnie prawdziwy związek.
Miała jednak wielką nadzieję, że się myli.
– Jeśli twierdzą państwo, że odprawili rytuał, badanie nie jest konieczne. Pozwoliłoby mi tylko ustalić, że więź istnieje.
Wszak ledwo przeczytała ten artykuł, zaczęła od przebadania samej siebie. A zaraz potem popytała w szpitalu i pośród kolegów i koleżanek z pracy znalazła kolejne „obiekty” do testów. Zbadanie Victorii oraz Sauriela raczej nie dostarczyłoby jej więcej wiedzy niż zdobyła wczoraj i przedwczoraj.
Decyzja natomiast, czy chcą stać się niejako królikami doświadczalnymi i podjąć próbę zerwania więzi… należała do nich. Sądząc po artykule, wiele osób postanowiło nie tylko pozbyć się więzi, ale też małżeństwa. Z kolei niektórzy zapewne cieszyli się z tych nowych emocji i chętnie spędzali czas z drugą osobą.
Sauriel zapewne miał nadzieję na więcej, ale problem polegał na tym, że to „więcej” po prostu nie istniało. W noc Beltane na Polanie Ognisk doszło do rzeczy bez precedensu, a więź, która powstała pomiędzy uczestnikami rytuału, nie była wcale najbardziej dziwaczną pośród nich.
W gruncie rzeczy i tak mieli szczęście, że skończyło się tylko na tym. Śmiertelnicy dotąd nie przełamywali zasłony między światami.
– Nie jest niebezpieczne, jeżeli zajmuje się tym doświadczony klątwołamacz – odparła Victorii. W rękach partacza w końcu każda magia mogła być niebezpieczna. Ale jeżeli szło o łamanie klątw, to pewność siebie Florence zahaczała już o grzeszną pychę. – Nie sądzę, aby próba przełamania tej więzi miała skończyć się katastrofą. Ale nie mogę zagwarantować rezultatów, dopóki nie spróbuję.
Oznaczało to nie mniej, nie więcej niż: Florence była pewna, że nie zabije Sauriela, Victorii ani siebie, próbując przerwać łączącą ich więź, jednak nie potrafiła obiecać, że sama próba będzie udana. Pewność siebie pewnością, ale ostatecznie szło tutaj o prawa ludzkie, boskie i zatarte granice pomiędzy światami. Wchodzili na niezbadane grunty. I Florence była więcej niż chętna spróbować – ambicja nie pozwalała jej takiej próby nie podjąć – ale też nie zamierzała przyrzekać rezultatów.
Przyznawała to niechętnie, ale istniało ryzyko, że po prostu poniesie porażkę.
– Oczywiście, nie można też zagwarantować całkowitego braku skutków ubocznych – podjęła rzeczowo. – Nie spotkałam się dotąd z ich wystąpieniem, ale to nowa sytuacja. Skoro ta magia tworzy swego rodzaju więź, jej pozbawienie może na przykład wiązać się z czasowym uczuciem przygnębienia czy straty.
Szansę na to Florence oceniała na jakieś pięć procent, ale pięć procent to było znacznie więcej niż zero, znów więc czuła się w obowiązku o tym wspomnieć. Sama była w końcu „ofiarą” tego rytuału. I emocje, jakie odczuwała na jego skutek, zdawały się jej własnymi. Podejrzewała więc, że wyzbycie się ich mogło wywołać trochę taki efekt… jakby zakończyło się właśnie prawdziwy związek.
Miała jednak wielką nadzieję, że się myli.
– Jeśli twierdzą państwo, że odprawili rytuał, badanie nie jest konieczne. Pozwoliłoby mi tylko ustalić, że więź istnieje.
Wszak ledwo przeczytała ten artykuł, zaczęła od przebadania samej siebie. A zaraz potem popytała w szpitalu i pośród kolegów i koleżanek z pracy znalazła kolejne „obiekty” do testów. Zbadanie Victorii oraz Sauriela raczej nie dostarczyłoby jej więcej wiedzy niż zdobyła wczoraj i przedwczoraj.
Decyzja natomiast, czy chcą stać się niejako królikami doświadczalnymi i podjąć próbę zerwania więzi… należała do nich. Sądząc po artykule, wiele osób postanowiło nie tylko pozbyć się więzi, ale też małżeństwa. Z kolei niektórzy zapewne cieszyli się z tych nowych emocji i chętnie spędzali czas z drugą osobą.