12.08.2023, 18:35 ✶
Spoglądała na abraxana z ciekawością, chociaż nie próbowała się do niego zbliżać. Brenna traktowała magiczne stworzenia z mieszanką szacunku i dystansu: doceniając ich niezwykłość oraz inteligencję, ale też pozostając świadomą własnych braków w wiedzy na ich temat. Owszem, doskonale zapamiętała, jak bronić się przed boginem i co zrobić, kiedy zaatakuje cię druzgotek, ale już o właściwym zachowaniu wobec wielkich, latających koni, nie wiedziała niczego.
- Następnym razem zadbam o czerwony dywan i całą oprawę – obiecała.
Tak, zachowywali się inaczej. Byli dorośli. Mury Hogwartu nie chroniły ich już przed światem. Poza tym, chociaż Brenna nawet jako dorosła lubiła paplać bzdury, żartować – nie zawsze mądrze i próbować być w trzech miejscach na raz, to miejsce i cel tego spotkania narzucały pewien klimat. Atmosferę niekoniecznie przyjemną. I czuła się winna, że wciąga w to Laurenta, ale czułaby się winna bardziej, gdyby czegoś zaniedbała. A pokazać jej to miejsce mogli tylko on lub Eunice Malfoy, to niedawna Black. Oba te nazwiska – Malfoy i Black – narzucały pewną drobinę ostrożności, nawet jeżeli Elliott Malfoy potrafił być szalenie elokwentny i uprzejmy, a Eunice wydawała się sympatyczną dziewczyna. Owszem, Prewettowie też kojarzyli się głównie z hazardem, wyścigami, wielkimi pieniędzmi i w tej rodzinie na pewno jeżeli nie co druga, to przynajmniej co trzecia osoba na dźwięk nazwiska Longbottom prychała z pogardą. Ale Brenna Laurenta znała i ostatecznie to przesądziło.
– Nie, nie trzeba – powiedziała i pokręciła głową na jego ofertę dotyczącą sprowadzenia zwierzaka. Nie sądziła, że to coś da: nie po takim czasie. Powinna pewnie przyjść tu szybciej, ale najpierw przeszukiwano Knieję za ocalałymi, potem odbył się pogrzeb, a później wpadła w wieczną pętlę pracy, spraw związanych z Beltane i tymi, które przez Beltane musiały zostać na chwilę zepchnięte na bok, aż zaczęły się palić… Zresztą, mogła sama, w wilczej postaci obwąchać tę polanę. – Myślę, że zniósł go tam wiatr, poza tym to nie takich tropów szukam – zapewniła cicho. Miała inny plan. Może dający małe szanse na powodzenie, ale zawsze jakiś plan.
Po prostu musiała próbować.
Poczekała aż Prewett się rozejrzy. Nie poganiała go. Sama wiedziała tylko mniej więcej, w której części lasu znaleziono ciało i zdawała sobie sprawę z tego, że znalezienie tego miejsca może być trudne… ale tak, to był kolejny argument za tym, aby o pomoc poprosić Laurenta, nie Eunice. On znał się na lasach, drzewach, umiał poruszać się po puszczy. Istniała większa szansa, że będzie w stanie powiedzieć, dokąd iść.
– Tak – zgodziła się, ale jeszcze nim weszli w głąb Kniei, przystanęła i obejrzała się na skrzydlatego konia. Wątpiła, by Prewett wybrał go jako środek transportu, bo chciał zrobić większe wrażenie. – Nie wchodzimy chyba bardzo głęboko i nie powinno nic nam grozić, ale gdyby cokolwiek się działo, uciekaj, proszę. Obiecuję, że teleportuję się w tej samej chwili, w której będziesz bezpieczny.
To nie była kwestia głupiego bohaterstwa w rodzaju „ratuj siebie, mną się nie przejmuj”. Ona po prostu mogła szybko zniknąć w dowolnej chwili, on prawdopodobnie nie. A to Brenna ściągnęła go do tego lasu, musiała więc zadbać, aby wyszedł z niego cały, zdrowy, najlepiej bez żadnego zadraśnięcia.
- Następnym razem zadbam o czerwony dywan i całą oprawę – obiecała.
Tak, zachowywali się inaczej. Byli dorośli. Mury Hogwartu nie chroniły ich już przed światem. Poza tym, chociaż Brenna nawet jako dorosła lubiła paplać bzdury, żartować – nie zawsze mądrze i próbować być w trzech miejscach na raz, to miejsce i cel tego spotkania narzucały pewien klimat. Atmosferę niekoniecznie przyjemną. I czuła się winna, że wciąga w to Laurenta, ale czułaby się winna bardziej, gdyby czegoś zaniedbała. A pokazać jej to miejsce mogli tylko on lub Eunice Malfoy, to niedawna Black. Oba te nazwiska – Malfoy i Black – narzucały pewną drobinę ostrożności, nawet jeżeli Elliott Malfoy potrafił być szalenie elokwentny i uprzejmy, a Eunice wydawała się sympatyczną dziewczyna. Owszem, Prewettowie też kojarzyli się głównie z hazardem, wyścigami, wielkimi pieniędzmi i w tej rodzinie na pewno jeżeli nie co druga, to przynajmniej co trzecia osoba na dźwięk nazwiska Longbottom prychała z pogardą. Ale Brenna Laurenta znała i ostatecznie to przesądziło.
– Nie, nie trzeba – powiedziała i pokręciła głową na jego ofertę dotyczącą sprowadzenia zwierzaka. Nie sądziła, że to coś da: nie po takim czasie. Powinna pewnie przyjść tu szybciej, ale najpierw przeszukiwano Knieję za ocalałymi, potem odbył się pogrzeb, a później wpadła w wieczną pętlę pracy, spraw związanych z Beltane i tymi, które przez Beltane musiały zostać na chwilę zepchnięte na bok, aż zaczęły się palić… Zresztą, mogła sama, w wilczej postaci obwąchać tę polanę. – Myślę, że zniósł go tam wiatr, poza tym to nie takich tropów szukam – zapewniła cicho. Miała inny plan. Może dający małe szanse na powodzenie, ale zawsze jakiś plan.
Po prostu musiała próbować.
Poczekała aż Prewett się rozejrzy. Nie poganiała go. Sama wiedziała tylko mniej więcej, w której części lasu znaleziono ciało i zdawała sobie sprawę z tego, że znalezienie tego miejsca może być trudne… ale tak, to był kolejny argument za tym, aby o pomoc poprosić Laurenta, nie Eunice. On znał się na lasach, drzewach, umiał poruszać się po puszczy. Istniała większa szansa, że będzie w stanie powiedzieć, dokąd iść.
– Tak – zgodziła się, ale jeszcze nim weszli w głąb Kniei, przystanęła i obejrzała się na skrzydlatego konia. Wątpiła, by Prewett wybrał go jako środek transportu, bo chciał zrobić większe wrażenie. – Nie wchodzimy chyba bardzo głęboko i nie powinno nic nam grozić, ale gdyby cokolwiek się działo, uciekaj, proszę. Obiecuję, że teleportuję się w tej samej chwili, w której będziesz bezpieczny.
To nie była kwestia głupiego bohaterstwa w rodzaju „ratuj siebie, mną się nie przejmuj”. Ona po prostu mogła szybko zniknąć w dowolnej chwili, on prawdopodobnie nie. A to Brenna ściągnęła go do tego lasu, musiała więc zadbać, aby wyszedł z niego cały, zdrowy, najlepiej bez żadnego zadraśnięcia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.