Nie można było powiedzieć, żeby ta ciekawość była obustronna. Abraksan obrzucił Brennę takim spojrzeniem, że nawet osoba lubiąca magiczne stworzenia zastanowiłaby się dwa razy, czy się do niego zbliżyć. Rumak prezentował się niemalże zdziczale, a jego spojrzenie wyrażało antypatię. Być może do wszystkich osób, których nie znał, jak można się było domyśleć. Chyba że jemu naprawdę nie spodobało się przyjęcie przez Brennę, co było wątpliwe. Na szczęście Michael, bo tak rumak miał na imię, oraz Brenna nie byli narażeni na swoje bezpośrednie towarzystwo. Abraksan nie zamierzał zbliżać się do lasu, gdzie jego pióra mogły ucierpieć. Tam by nawet nie wzleciał. A i jego rozmiary utrudniały przeprawę. Wolał poczekać tutaj. I ostrzec, gdyby cokolwiek niepokojąceego się działo. Bo nawet on wyczuwał całym sobą nienormalną ciszę tego miejsca.
Dopadły go wątpliwości. Laurent nie był pewien, kiedy ostatnim razem spotkał się z Brenną w bardziej ponurym i ciężkim nastroju, takim jak teraz. Wątpliwości jednak dotyczyły tego, czy odpowiednio się zachował. W ogóle nie pomyślał o tym, żeby kobietę poinformować o tym, że znalazł Longbottoma. A powinien, prawda? Jego mózg od razu ruszył galopem do przodu, bo z drugiej strony powinien informować każdego Longbottoma? Nie, Brenna była tutaj wyjątkowa, bo z nią był najbliżej. Tylko nie pomyślałeś. Po prostu nie pomyślałeś. Poczucie winy ukuło, przypomniało o nieodpowiednim zachowaniu. Zastanawiał się, czy kobieta chciałaby mu to wypomnieć. Zamiast tego ona w ogóle przepraszała, że go tutaj ściągnęła. Mówiła o tym, że odpłaci kiedyś... a to on czuł, że powinien jej odpłacić. Za bardzo zresztą wiele rzeczy, również z Hogwartu.
- Przepraszam, że cię nie poinformowałem o tym... o tych zwłokach. - Słowo "zwłoki" nie były jedną z łatwiej wypowiadanych przez niego rzeczy. - Powinienem był pomyśleć, wtedy być może więcej udałoby się znaleźć. - Być może. Bo przecież to była robota już Ministerstwa, żeby to zbadać, sprawdzić. Służył pomocą, ale dla Ministerstwa nie pracował. Tak samo jak chciał pomóc samej Brennie. - Jeśli mogę zapytać... czy to był ktoś bliski? - Nie chciał być wścibski ani niedelikatny, starał się do Brenny podejść łagodnie. Przypatrywał się jej niepewny co do tego, jak kobieta w ogóle się czuła. Z Beltane, z tym, co się działo, z... z wieloma rzeczami. Zawsze była osobą bardzo hop do przodu, gotową pomagać. Jak rycerz w białej zbroi. Joanna D'Arc. Zamiast na białej klaczy w wyobraźni Laurenta niósł ją czerwony smok. Bo czerwień, barwa Gryfonów, naprawdę do niej pasowała.
- Twoja prośba sama w sobie jest dość tajemnicza. Teraz stopień tajemniczości podnosisz. - Rozumiał, że chciała zbadać to miejsce, napisała to w liście. Tylko właściwie nie bardzo wiedział, jak miałby jej pomóc. Tylko pokazaniem miejsca? To jej wystarczyło? Jeśli tak to był tym bardziej gotów, przynajmniej tyle mógł dla niej zrobić. Jej słowa sprawiły, że zatrzymał się i skupił na niej spojrzenie na drobny moment. Zważył wagę jej słów i poczuł zimny dreszcz na karku. - Tak zrobię. - Laurent starał się utrzymywać przed całym światem dumę i nosić swoją męskość na odpowiednim poziomie, ale z Brenną znali się nie od dziś. Owszem, dorośli. Owszem, zmienili się. Ale Laurent nigdy nie był nadmiernie odważny ani nadmiernie utalentowany w pojedynkach. Po prostu był w tym kiepski. I nie zamierzał strugać bohatera, bo takimi zagrywkami tylko by narażał siebie i Brennę, która jeszcze musiałaby pilnować jego. Zaś Brenna, jak dobrze wiedział, potrafiła świetnie o siebie zadbać. Nie zamierzał być dla niej przeszkodą.
- Leżał dokładnie... w tym miejscu. - Przeszli przez kawałek lasu, w miejsce, gdzie duża część polany była pochłonięta przez ogień, na jej obrzeża. Laurent odmierzył stopy, chwilę mu zajęło znalazł miejsce, które niczym się właściwie potencjalnie nie odróżniało. Tak na pierwszy rzut oka. - Mogłem się pomylić o parę stóp. Była noc, gdy go wynieśliśmy. - Dodał w ramach usprawiedliwienia. Nie chciał też jej wprowadzić w błąd, jeśli potrzebowała bardzo precyzyjnego określenia tego miejsca.