12.08.2023, 21:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2023, 21:45 przez Brenna Longbottom.)
Brennie nawet przez ułamek sekundy nie przyszło do głowy, że ktoś miałby ją informować. Zwłoki ostatecznie były właściwie niemożliwe do rozpoznania. Rody czystej krwi bywały dość duże i nie każdy musiał orientować się dokładnie, jak wygląda to w rodzinie Longbottomów. Derwin niekoniecznie też obracał się w tym samych kręgach, co Prewettowie – zawsze skupiał się na pracy, na córkach, a pewnie i nigdy nie poszedłby gdzieś, gdzie krzywo patrzono by na jego małżeństwo. Brak skojarzenia nie był zaskakujący. W dodatku tamtego dnia, w nocy i kolejnego dnia wszędzie trwał chaos.
A on się tym przejmował, po tym, jak wszedł w ten mroczny las, szukać ocalałych. Laurent czasem zdawał się Brennie o wiele za dobry jak na Ślizgona – i to mimo tego, że niekiedy miewał skłonności do panowania się w tarapaty…
– Daj spokój – powiedziała tylko i lekko klepnęła go po ramieniu, w czymś pośrednim pomiędzy gestem pocieszenia a przyjacielskiego „to nic wielkiego” (chociaż ciężko było mówić, że to wszystko „to nic wielkiego”. – To ja powinnam podziękować, że go znalazłeś, a nie ty przepraszać, że mnie nie powiadomiłeś. Dostaliśmy informację z samego rana, a twoja wiadomość mogłaby nawet do mnie nie dotrzeć. Byłam w lesie.
Spędziła w Kniei tyle czasu, ile tylko zdołała, potem zasnęła – albo straciła przytomność, można by się kłócić – i po przebudzeniu znowu kręciła się po okolicy pomagając na miejscu aż do wieczora, kiedy odebrała Mavelle z namiotu. Spały krótko, obie w łóżku Bones, bo Brenna nie chciała zostawić kuzynki, a potem poderwały się jeszcze przed świtem, by znów wrócić na Polanę Ogni.
Te dwie czy trzy godziny niczego nie zmieniły.
Odwróciła wzrok, kiedy zadał pytanie, ale równie dobrze mogła to być próba unikania jego spojrzenia, jak i po prostu chęć obserwowania lasu. Upewnienia się, że ich ścieżki nie przecinają żadne tropy, wskazujące na niebezpieczeństwo, że nic nie porusza się między drzewami. Ledwo zresztą zagłębili się pomiędzy nie, i ruszyli po miękkich paprociach i mchu, po gałęziach i konarach – zwykle nie leżących tu w takiej liczbie, pamiątkach niedawnej wichury – ręka Brenny ześlizgnęła się ku kieszeni i różdżce.
Może nie oczekiwała zagrożenia, ale chciała być na nie gotowa.
– Był młodszym bratem mojego ojca – powiedziała. Spokojnie, bo chociaż myśl o jego śmierci wciąż sprawiała, że coś rozlewało się w jej wnętrzu chłodem, to wiedziała, że nie ma prawa oddawać się rozpaczy. To dziadek i jej kuzynki ucierpiały tutaj najbardziej. Im więc pozostawiała smutek, sama próbując skupić się na szukaniu odpowiedzi. – Mieszkaliśmy razem.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wręcz niezdrowe. Mimo wielkich rozmiarów posiadłości, młodzi przecież powinni „iść na swoje” i większość czystokrwistych tak robiła. Może zresztą było to niezdrowe, ale wcale nie chcieli tego zmieniać – i dom wciąż był wypełniony ludźmi, mieszkały w nim trzy pokolenia rodziny, a także kilku dalszych „krewnych”, którzy w istocie nie dzielili z Longbottomami wspólnej krwi. Jakoś większość z nich lubiła rodzinny harmider, lubiła mieć krewnych blisko siebie, a w dodatku w tych czasach dobrze było mieszkać w domu tak dobrze zabezpieczonym czarami.
– Och, znasz mnie chyba. Kocham być tajemnicza. Sekrety i zagadki, to jest to. Nigdy nie zdradzam, co chodzi mi po głowie, a zwykle to w ogóle całkiem milczę, żeby ludzie przypadkiem nie dowiedzieli się o mnie za wiele, jeszcze straciłabym tę całą, tajemniczą aurę – odparła lekko na jego słowa, może w kontraście do celu tej całej wyprawy, do tego, o czym ledwo co rozmawiali, ale… tak, znowu: pogrążanie się w rozpaczy i demonstrowanie każdemu, że los ją skrzywdził, że jest biedna, zraniona, że jest jej ciężko, nikomu nie pomogą. Najlepsze, co Brenna mogła zrobić dla siebie i innych, to być po prostu Brenną.
Nie chciała oskarżać Prewetta o tchórzostwo czy sugerować nawet, że poradzi sobie lepiej. Chodziło o prosty rachunek: jeśli natkną się na coś, co przekracza ich możliwości, trzeba uciekać. A że ona mogła się teleportować, on musiał ruszyć szybciej. Nie wdawała się jednak w wyjaśnienia – bo chyba zrozumiał. Nic zresztą nie wyskoczyło zza żadnego drzew, i nie słyszeli niczego poza szumem lasu, gdy dotarli do obszaru, jaki tamtego wieczora odwiedzili Laurent i Eunice.
Brenna powoli ruszyła ku miejscu, który wskazał.
A on się tym przejmował, po tym, jak wszedł w ten mroczny las, szukać ocalałych. Laurent czasem zdawał się Brennie o wiele za dobry jak na Ślizgona – i to mimo tego, że niekiedy miewał skłonności do panowania się w tarapaty…
– Daj spokój – powiedziała tylko i lekko klepnęła go po ramieniu, w czymś pośrednim pomiędzy gestem pocieszenia a przyjacielskiego „to nic wielkiego” (chociaż ciężko było mówić, że to wszystko „to nic wielkiego”. – To ja powinnam podziękować, że go znalazłeś, a nie ty przepraszać, że mnie nie powiadomiłeś. Dostaliśmy informację z samego rana, a twoja wiadomość mogłaby nawet do mnie nie dotrzeć. Byłam w lesie.
Spędziła w Kniei tyle czasu, ile tylko zdołała, potem zasnęła – albo straciła przytomność, można by się kłócić – i po przebudzeniu znowu kręciła się po okolicy pomagając na miejscu aż do wieczora, kiedy odebrała Mavelle z namiotu. Spały krótko, obie w łóżku Bones, bo Brenna nie chciała zostawić kuzynki, a potem poderwały się jeszcze przed świtem, by znów wrócić na Polanę Ogni.
Te dwie czy trzy godziny niczego nie zmieniły.
Odwróciła wzrok, kiedy zadał pytanie, ale równie dobrze mogła to być próba unikania jego spojrzenia, jak i po prostu chęć obserwowania lasu. Upewnienia się, że ich ścieżki nie przecinają żadne tropy, wskazujące na niebezpieczeństwo, że nic nie porusza się między drzewami. Ledwo zresztą zagłębili się pomiędzy nie, i ruszyli po miękkich paprociach i mchu, po gałęziach i konarach – zwykle nie leżących tu w takiej liczbie, pamiątkach niedawnej wichury – ręka Brenny ześlizgnęła się ku kieszeni i różdżce.
Może nie oczekiwała zagrożenia, ale chciała być na nie gotowa.
– Był młodszym bratem mojego ojca – powiedziała. Spokojnie, bo chociaż myśl o jego śmierci wciąż sprawiała, że coś rozlewało się w jej wnętrzu chłodem, to wiedziała, że nie ma prawa oddawać się rozpaczy. To dziadek i jej kuzynki ucierpiały tutaj najbardziej. Im więc pozostawiała smutek, sama próbując skupić się na szukaniu odpowiedzi. – Mieszkaliśmy razem.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wręcz niezdrowe. Mimo wielkich rozmiarów posiadłości, młodzi przecież powinni „iść na swoje” i większość czystokrwistych tak robiła. Może zresztą było to niezdrowe, ale wcale nie chcieli tego zmieniać – i dom wciąż był wypełniony ludźmi, mieszkały w nim trzy pokolenia rodziny, a także kilku dalszych „krewnych”, którzy w istocie nie dzielili z Longbottomami wspólnej krwi. Jakoś większość z nich lubiła rodzinny harmider, lubiła mieć krewnych blisko siebie, a w dodatku w tych czasach dobrze było mieszkać w domu tak dobrze zabezpieczonym czarami.
– Och, znasz mnie chyba. Kocham być tajemnicza. Sekrety i zagadki, to jest to. Nigdy nie zdradzam, co chodzi mi po głowie, a zwykle to w ogóle całkiem milczę, żeby ludzie przypadkiem nie dowiedzieli się o mnie za wiele, jeszcze straciłabym tę całą, tajemniczą aurę – odparła lekko na jego słowa, może w kontraście do celu tej całej wyprawy, do tego, o czym ledwo co rozmawiali, ale… tak, znowu: pogrążanie się w rozpaczy i demonstrowanie każdemu, że los ją skrzywdził, że jest biedna, zraniona, że jest jej ciężko, nikomu nie pomogą. Najlepsze, co Brenna mogła zrobić dla siebie i innych, to być po prostu Brenną.
Nie chciała oskarżać Prewetta o tchórzostwo czy sugerować nawet, że poradzi sobie lepiej. Chodziło o prosty rachunek: jeśli natkną się na coś, co przekracza ich możliwości, trzeba uciekać. A że ona mogła się teleportować, on musiał ruszyć szybciej. Nie wdawała się jednak w wyjaśnienia – bo chyba zrozumiał. Nic zresztą nie wyskoczyło zza żadnego drzew, i nie słyszeli niczego poza szumem lasu, gdy dotarli do obszaru, jaki tamtego wieczora odwiedzili Laurent i Eunice.
Brenna powoli ruszyła ku miejscu, który wskazał.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.