12.08.2023, 22:13 ✶
Florence nie należała do osób, które lubią marnować czas. Szanowała go: i ten swój, i pacjentów. Za drzwiami na konsultacje czekali kolejni pacjenci, nie widziała więc powodów, aby wdawać się w zbędne pogawędki z osobami, których nie znała. Z natury zresztą była osobą dość rzeczową. Oczywiście, gdyby siedział przed nią przyjaciel albo brat, zachowywałaby się zupełnie inaczej: tak inaczej, że jeżeli zobaczyłby to ktoś z personelu, mógłby uznać, że ktoś podszywa się pod panią Bulstrode.
W tym przypadku była jednak po prostu klątwołamaczką – uzdrowicielką.
– Świece rytualne – powiedziała Florence, sięgając po pergamin i pióro. – Te szpitalne są zarezerwowane na nagłe przypadki. W takiej sytuacji konieczne jest zaopatrzenie się na własną rękę – poinformowała, zapisując na pergaminie, co jej zdaniem będzie potrzebne. A przynajmniej miała nadzieję, że faktycznie dobrze typuje. – Sugeruję dwa komplety. Jeden wypali się wraz z rytuałem, obojętnie udanym czy nie. Jeżeli okazałoby się, że doszło do drobnego błędu, który jednak stosunkowo łatwo naprawić przy drugiej próbie, potrzebny będzie drugi – wyjaśniła jeszcze, po czym podsunęła kartkę Victorii. Zazwyczaj w takich sytuacjach dość odruchowo przyjmowało się, że to mężczyzna był decyzyjny, ale Rookwood na wstępie wizyty spoglądał na Lestrange i to ona wyjaśniała, o co chodzi. Florence jakoś odruchowo więc przyjęła, że to jej powinna wręczyć zapiski…
Wbrew wszelkim stereotypom o uzdrowicielach i ich piśmie, to pismo Florence było czytelne. Ba, prawie eleganckie: na tyle, na ile było to możliwe u kogoś, kto pisał stosunkowo szybko. Równe, krągłe litery, którymi zapisano informacje na temat potrzebnych specyfików.
– Rozumiem. To chwilę potrwa, istnieją więc trzy opcje. Zapisać się kilka dni wcześniej na jeden z moich dyżurów klątwołamania. Oczywiście, w przypadku nagłych wypadków termin może zostać przesunięty. – Jakby nie było, gdyby nagle na oddział przywieziono kogoś, kogo właśnie zabijała jakaś klątwa, to łamanie magii Beltane musiałoby poczekać. – Drugie. Prywatna wizyta. – Była w końcu żywo zainteresowana tym rytuałem i jego przerwaniem. W tym przypadku była gotowa nawet zejść ze swojego zwykłego honorarium. – Trzecie. Znaleźć kogoś innego, przyjmującego zlecenia. Doradzam zweryfikowanie referencji.
Florence nie była ostatecznie aż tak pyszna, aby zakładać, że żaden inny klątwołamacz nie przełamie tej więzi. Uważała się za świetną klątwołamaczkę, ale było parę osób, które jej dorównywały. Niemniej czuła się w obowiązku zastrzec, że konieczne jest upewnienie się, że trafiają naprawdę w ręce specjalisty, nie jakiegoś naciągacza.
W końcu tak, jak wspomniała Victorii: nie, to nie powinno być niebezpieczne… o ile zajmie się tym ekspert.
W tym przypadku była jednak po prostu klątwołamaczką – uzdrowicielką.
– Świece rytualne – powiedziała Florence, sięgając po pergamin i pióro. – Te szpitalne są zarezerwowane na nagłe przypadki. W takiej sytuacji konieczne jest zaopatrzenie się na własną rękę – poinformowała, zapisując na pergaminie, co jej zdaniem będzie potrzebne. A przynajmniej miała nadzieję, że faktycznie dobrze typuje. – Sugeruję dwa komplety. Jeden wypali się wraz z rytuałem, obojętnie udanym czy nie. Jeżeli okazałoby się, że doszło do drobnego błędu, który jednak stosunkowo łatwo naprawić przy drugiej próbie, potrzebny będzie drugi – wyjaśniła jeszcze, po czym podsunęła kartkę Victorii. Zazwyczaj w takich sytuacjach dość odruchowo przyjmowało się, że to mężczyzna był decyzyjny, ale Rookwood na wstępie wizyty spoglądał na Lestrange i to ona wyjaśniała, o co chodzi. Florence jakoś odruchowo więc przyjęła, że to jej powinna wręczyć zapiski…
Wbrew wszelkim stereotypom o uzdrowicielach i ich piśmie, to pismo Florence było czytelne. Ba, prawie eleganckie: na tyle, na ile było to możliwe u kogoś, kto pisał stosunkowo szybko. Równe, krągłe litery, którymi zapisano informacje na temat potrzebnych specyfików.
– Rozumiem. To chwilę potrwa, istnieją więc trzy opcje. Zapisać się kilka dni wcześniej na jeden z moich dyżurów klątwołamania. Oczywiście, w przypadku nagłych wypadków termin może zostać przesunięty. – Jakby nie było, gdyby nagle na oddział przywieziono kogoś, kogo właśnie zabijała jakaś klątwa, to łamanie magii Beltane musiałoby poczekać. – Drugie. Prywatna wizyta. – Była w końcu żywo zainteresowana tym rytuałem i jego przerwaniem. W tym przypadku była gotowa nawet zejść ze swojego zwykłego honorarium. – Trzecie. Znaleźć kogoś innego, przyjmującego zlecenia. Doradzam zweryfikowanie referencji.
Florence nie była ostatecznie aż tak pyszna, aby zakładać, że żaden inny klątwołamacz nie przełamie tej więzi. Uważała się za świetną klątwołamaczkę, ale było parę osób, które jej dorównywały. Niemniej czuła się w obowiązku zastrzec, że konieczne jest upewnienie się, że trafiają naprawdę w ręce specjalisty, nie jakiegoś naciągacza.
W końcu tak, jak wspomniała Victorii: nie, to nie powinno być niebezpieczne… o ile zajmie się tym ekspert.