Brenna była zadziwiająco prostą osobą. Przez "prostą" nie chodziło o "prostacką". Nie. Miała piękny umysł i jeszcze piękniejsze emocje. Jej gesty i słowa, jej działanie i błysk w oku - Laurent zawsze to bardzo lubił. Miał szczerą nadzieję, że w mijających latach to wcale się tak bardzo nie zmieniło. Że rzeczywistość nie obdarła jej brutalnie z całego dobra, jakie posiadała. I kiedy zastanawiał się nad tym, czy miała do niego jakiś żal, jakąś pretensję, jakikolwiek problem to pytał się, czy Brenna jaką znał cokolwiek by zataiła? Pryzmat dawnych lat potrafił jednak przyćmić rzeczywistość. Dzisiaj już nie odpowiadali przed sobą jako dzieciaki. Ona została poważną brygadzistką, której rolą była walka ze złem. Pasowało jej to. Czy w dobie dorosłości, gdzie ludzie kochali fałszywe uśmiechy, Brenna też zaczęła nosić swoją maskę? Z jednej strony chciał zaprzeczyć przed samym sobą. Z drugiej - nie wierzył, żeby tego nie robiła. Nie musiała być ociekająca obłudą - o zgrozo, tak, jak on to potrafił robić. Każdy miał trupy w szafie. Gorsze dni. Gorsze tygodnie. I nie każdy chciał to przed wszystkimi wszem i wobec ujawniać. Nie był jej nawet wystarczająco bliski, żeby dopatrywać się drobnych różnic w jej zachowaniu, które mogłyby wskazać, że jest naprawdę kiepsko. Ale kiedy obrał już jeden kierunek przypatrywał jej się naprawdę dokładnie. Ten świat nie zasługiwał na taką osobę, jak ona - za dobrą, żeby miały ją plamić ludzkie błędy i wybory.
- Tego się spodziewałem, że walczyłaś tutaj. Mam nadzieję, że samo Beltane cię ominęło. - Bo jego na szczęście tak. Unikał tego święta od zawsze, na szczęście od strony jego rodziny jakoś nie było nacisku na ożenek, a i jemu się zupełnie nie śpieszyło. Co złego zrobiło nienarodzone dziecko, żeby przejmować jego okropne cechy. Nie chciał już się dalej tłumaczyć, bo byłoby to dość żałosne, nawet jak na niego. Trochę mu ulżyło, że Brenna nie pomyślała takimi kategoriami i że najwyraźniej nie miała mu tego za złe. Fakt, tego się spodziewał, że rodzina nieszczęśnika zostanie powiadomiona. To jest - Longbottomowie, bo chyba dotarcie do tego, kto to był dokładnie nie zajęło pięciu minut. Szczególnie, że z tego człowieka nic już nie zostało.
Młodszy brat mojego ojca. To brzmiało tak wstrzemięźliwie. Zdystansowanie. Laurent aż zwolnił na moment krok, kiedy ta niezgodność między wylewną i ciepłą, rodzinną Brenną a tym dystansem się pojawił. Czyli to nie był ktoś obcy. Ktoś obojętny. Biedna Brenna... Biedni wszyscy, którzy stracili tutaj swoje rodziny. Laurent nabrał tym silniejszej chęci zamknięcia się na swoim krańcu świata, jakim była Anglia. Z dala od Voldemorta, Śmierciożerców i okrucieństwa, jakie nieśli ludzie temu światu. Ale nie mógł. Życie toczyło się dalej i w wizji tego zagrożenia nie było takich miejsc, gdzie można się było czuć pewnie i bezpiecznie.
Czy powinien był w ogóle wnikać? W tę relację, w tę stratę, w życie Brenny? Tak na zdrowy rozsądek chyba nie. Na pewno miała osoby, z którymi dzieliła się tymi słabymi i mocnymi chwilami. Osoby zdecydowanie bliższe niż on sam. Tak mielił te myśli, kiedy już dotarli do wyznaczonego punktu. Przyszło się zatrzymać. Niektórzy mówią, że jeśli stoisz w miejscu to się cofasz. Jeśli niczego nie robisz, to inni i świat cię mijają, a ty orientujesz się, że zostałeś w tyle. Wszystko się rozwinęło - tylko nie ty. Więc czy to nie było zacofanie?
- Brenno. - Wypowiedział jej imię jak zaklęcie, kiedy kolejny raz wypowiedziała taki niby żarcik, że niby wszystko było okej. Tak się w końcu robiło. Chowało twarz za maską, żeby nie dać się zwariować. Wypowiedział jej imię i trochę pożałował, że to zrobił, bo jak rzadko nie wiedział, jak powinien przekazać jej to wszystko, co miał do powiedzenia. To było coś tak delikatnego i złożonego, że wydawało sie wręcz niepoprawne, żeby to on właśnie poruszał tę bańkę, którą sobie zbudowała. Może jej potrzebowała, a on niepotrzebnie ją naruszał? A może właśnie potrzebowała, żeby ktoś ją naruszył? Gdyby znał ją lepiej znałby odpowiedź. Ale tak nie było. Wydawało mu się, że taka osoba jak Brenna nie nadawała się do grona osób, które trzymały wszystko w sobie. - Nie chcę byś źle mnie zrozumiała, ale jesteś w środku lasu, na cichej polanie, tylko ze mną. Nikt tutaj nie patrzy. Nikt cię nie osądza. Możesz te emocje zostawić tutaj i wrócić do bliskich z czymś lepszym. - Żal po stracie bliskich nie mijał szybko i prosto, ale niczego dobrego nie dawało duszenie tego w sobie. I to było bardzo niepokojące patrzeć, jak Brenna to robi. Czy może ona naprawdę tak dobrze się trzymała jak pokazywała? Odczuwał dysonans. Nie był wcale pewny. Wyciągnął dłoń do kobiety, by oprzeć ją na jej ramieniu, a nawet przytulić, jeśli tylko chciała. - Przykro mi. Naprawdę mi przykro. - To za szybka strata. Strata kogoś, kto powinien być przy tobie jeszcze tyle lat.