Nie powiedziałby, że należy do grona osób, którym można zaufać. Nie dlatego, że wątpił w swoją własną lojalność, nie. Nie spędzali ze sobą z Brenną tyle czasu, żeby takie zaufanie wybudować. Miał swoje sekrety, ona miała swoje. Nie dzieliły ich, bo przecież nie zawsze musisz znać kogoś doskonale, żeby się z nim kolegować. A podobno przyjaźń damsko-męska nie istniała, ha... Dlatego było w tym coś niepoprawnego, że w ogóle wypowiedział słowa, które mogłyby sugerować to zaufanie. Zaufanie, które nie wymagało słów. Niektórzy uważali za słabość ściąganie uśmiechu z twarzy i pozwolenie sobie na to, żeby łzy wypełniły oczy. Blondyn uważał, żeby tego słowa nie użyć. Słabość. Jakie przykre było mówienie o tym, że uczucia były słabością, choć z biegiem lat sam zaczynał tak na nie spoglądać. Przynajmniej na niektóre z nich - te, które rozbrajały, które sprawiały, że wypuszczać broń z ręki i nie masz siły się po nią nawet schylić. Kłamstwa witano na porządku dziennym w tym dziwnym świecie wypełnionym obłudą. Kiedy jednak chcesz kogoś chronić czasem musisz skłamać. Jak w przypadku nieszczęsnego Charlesa. Nie miał pojęcia, jakie wiatry burzą spokój Brenny, co targa jej włosy, co porywa stronice kart, które mogły być zapisane czymś dobrym, ciepłym i wesołym. Zostawiało tylko te złe, zapaprane atramentem. Nie zamierzał nawet dopytywać. Nie dlatego, że go to nie interesowało ani dlatego, że była mu obojętna. Doskonale wiedział, że kiedy zadajesz pytanie to musisz być gotowy na odpowiedź. A Laurent nie chciał słyszeć kłamstw z jej ust. Kilka zdań wystarczyło, żeby upewnić się, że nie jest dobrze. Kolejne potwierdziły, że to były jej prywatne sprawy i takimi powinny pozostać.
- Ach, prawdziwa tragedia... - Uśmiechnął się, ale bardzo krótko, ledwo co. - Nie jestem wielkim znawcą czarnej magii... - ale, o czym niewielu wiedziało, znał ją nienajgorzej - ... ale nie widziałem czegoś takiego nigdy na oczy. - A ona? Widziała ciało? Pewnie widziała. I pewnie mieli znawców i speców od różnych stworzeń i stworzonek, magii i niemagii, którzy wspierali całe te badania i śledztwo. Kim on był? Nikim. Nikim znaczącym wśród prawdziwych ekspertów, którzy pewnie kręcili się po Ministerstwie. Tak przynajmniej mu się wydawało.
Nie martw się. Słowa lekko wypowiadane, kiedy ktoś nie chciał, żebyś się przejmował. Ile one znaczyły? Jaką miały wagę? Kiedy ktoś się o ciebie troszczył to zawsze zajmowałeś mu myśli. Laurent skinął głową, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Mimo wszystko nie był tak złotym człowiekiem, żeby przejmować się wszystkimi i całym jarzmem tego świata. Świat Brenny nie był jego światem. I nie wątpił, że akurat ona ma osoby, które by o nią dbały i z wzajemnością. Tak czy siak Brenna poruszyła jego serce. Nie w jego mocy było niesienie jej tej pomocy.
Och, proszę bardzo. Tego też o niej nie wiedział. Chwilowe zdziwienie ustąpiło jednak miejsca niepewności, a niepewność akceptacji. Jego instynkt przetrwania przez moment kazał się cofnąć, ale ustał dzielnie. Tylko jedną nogę cofnął, jakby gotów był zrobić ich więcej. Bo był! Ale to była nadal Brenna. Początkowo przyglądał się jej, temu, co robiła i czy trafiała na ślady, zanim sam zaczął rozglądać się po polanie i w końcu po niej przechadzać, żeby też sprawdzić, czy nie zostały tutaj jakieś ślady wskazujące na obecność czegoś więcej niż tylko Śmierciożerców. Wtedy nie mieli z panienką Malfoy nawet warunków do tego, żeby dokładnie to miejsce zbadać.
Poszukiwanie obecności istot magicznych
Sukces!