13.08.2023, 17:13 ✶
Pewnie była w tym trochę nazbyt uparta. Byli ludzie, którym na niej zależało, ale nawet im Brenna nie chciała wielu rzeczy pokazać. Co ciemne zachowywała dla siebie, chociaż bardzo chętnie drążyła, gdy to ktoś inny miał problem. I nawet nie traktowała tego jako udawania czy kłamstwa, bo zasadniczo od małego po prostu mało przejmowała się samą sobą… i właściwie mimo tego wszystkiego, co ich otaczało, wciąż była pogodna i całkiem szczerze wesoła: ot teraz tuż po Beltane przez chwilę nieco mniej. Przynajmniej tyle, że potrafiła prosić o pomoc, gdy uznawała, że istniały ku temu obiektywne przesłanki: jak tutaj. Ta sprawa ją przerastała, bo nie miała potrzebnej wiedzy.
Szukała więc osób, które mogły ją posiadać i nawet jeżeli nie lubiła zawracać ludziom głowy, robiła to. Tak jak teraz Laurentowi. Bo to było coś więcej niż ona sama. Bo Beltane wszystko zmieniło. Nie musiałeś służyć Voldemortowi albo z nim walczyć. Ostatnie dni udowodniły, że wystarczyło, abyś poszedł na sabat i padł przypadkową ofiarą. Albo by zrobił to twój brat lub przyjaciel. Ba, działy się rzeczy dziwne, coraz dziwniejsze… i Brenna wierzyła, że każdego z nich prędzej czy później dosięgnie cień tego lasu: tego, co tutaj się stało.
Musieli wiedzieć jak najwięcej.
- Nie jestem pewna, czy to w ogóle magia – wyznała Brenna. Transmutacja mogła wiele, ale jeśli nie byłeś absolutnym mistrzem, efekt był czasowy. Płomienie spopieliły by także ubranie i dokumenty, nie tylko to, co było żywe. Czy wyssano z niego energię jakąś nekromancją, o której nigdy nie słyszała? To było już prawdopodobne, ale nie jedyne rozwiązane. – W tej chwili zakładałabym, że to albo nekromancja… albo jakieś nieznane nam stworzenia. Coś… co mogło pojawić się podczas Beltane.
A w takim wypadku Laurent na pewno miał większe szanse znaleźć coś w źródłach niż ona. To on był tutaj znawcą magicznych stworzeń, nie Brenna. Jej wiedza oscylowała mniej więcej w okolicach tej, jaką posiadał przeciętny absolwent Hogwartu i nigdy dotąd jej nie próbowała jej poszerzać.
Nie martw się.
Nie, nie zakładała, że Prewett będzie się o nią zamartwiać: ostatecznie miał, jak każdy, własne problemy i zmartwienia. Ale tu, w tej chwili, wyraził troskę, wierzyła, że szczerą i nie chciała, by czuł się źle, sądząc, że z nią jest nie tak. Wystarczyło, że wciągnęła go w Knieję, za dnia wprawdzie, ale gdy wiał wiatr, a niebo spowijały chmury. Do miejsca, gdzie znalazł ciało.
Brenna kręciła się przez chwilę wokół. Obwąchiwała ziemię, drzewa. Owszem, sprawdzała, czy czegoś nie wyczuje – chociaż po prawdzie chciała też upewnić się, że okolica jest bezpieczna teraz. Że gdy rozstawi tutaj krąg widmowidza, nie zostanie zaatakowana przez coś, co czaiło się za którymś dębem.
W końcu zmieniła się z powrotem. Podeszła do jednego z drzew i oznaczyła je za pomocą znaku. Musiała tu za moment wrócić, teleportować się z powrotem. Bo chociaż nie miała żadnych oporów wobec zmiany w animaga przy Laurencie, widmowidzenie… to było już coś innego. To nie tak, że stanowiło wielką tajemnicę, ponieważ – niestety – dwa czy trzy razy Caspian niejako ją „wypożyczył” aurorom, ale jednak Brenna starała się zawsze używać go tylko w towarzystwie rodziny i znanych sobie funkcjonariuszy. Nawet na polanie w Lesie Wisielców czekała aż Victoria zniknie, bo ot nie była pewna, co ta mogłaby powtórzyć swoim krewnym…
– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś – powiedziała, obracając się do Laurenta. – Odprowadzę cię na skraj Kniei. Normalnie zaprosiłabym cię na kawę i ciasteczka w naszym domu, ale będę musiała tutaj teleportować się z powrotem, więc ciasteczka poczekają na następną okazję. To znaczy... oczywiście, nie te ciasteczka z dzisiaj. Inne ciasteczka.
Szukała więc osób, które mogły ją posiadać i nawet jeżeli nie lubiła zawracać ludziom głowy, robiła to. Tak jak teraz Laurentowi. Bo to było coś więcej niż ona sama. Bo Beltane wszystko zmieniło. Nie musiałeś służyć Voldemortowi albo z nim walczyć. Ostatnie dni udowodniły, że wystarczyło, abyś poszedł na sabat i padł przypadkową ofiarą. Albo by zrobił to twój brat lub przyjaciel. Ba, działy się rzeczy dziwne, coraz dziwniejsze… i Brenna wierzyła, że każdego z nich prędzej czy później dosięgnie cień tego lasu: tego, co tutaj się stało.
Musieli wiedzieć jak najwięcej.
- Nie jestem pewna, czy to w ogóle magia – wyznała Brenna. Transmutacja mogła wiele, ale jeśli nie byłeś absolutnym mistrzem, efekt był czasowy. Płomienie spopieliły by także ubranie i dokumenty, nie tylko to, co było żywe. Czy wyssano z niego energię jakąś nekromancją, o której nigdy nie słyszała? To było już prawdopodobne, ale nie jedyne rozwiązane. – W tej chwili zakładałabym, że to albo nekromancja… albo jakieś nieznane nam stworzenia. Coś… co mogło pojawić się podczas Beltane.
A w takim wypadku Laurent na pewno miał większe szanse znaleźć coś w źródłach niż ona. To on był tutaj znawcą magicznych stworzeń, nie Brenna. Jej wiedza oscylowała mniej więcej w okolicach tej, jaką posiadał przeciętny absolwent Hogwartu i nigdy dotąd jej nie próbowała jej poszerzać.
Nie martw się.
Nie, nie zakładała, że Prewett będzie się o nią zamartwiać: ostatecznie miał, jak każdy, własne problemy i zmartwienia. Ale tu, w tej chwili, wyraził troskę, wierzyła, że szczerą i nie chciała, by czuł się źle, sądząc, że z nią jest nie tak. Wystarczyło, że wciągnęła go w Knieję, za dnia wprawdzie, ale gdy wiał wiatr, a niebo spowijały chmury. Do miejsca, gdzie znalazł ciało.
Brenna kręciła się przez chwilę wokół. Obwąchiwała ziemię, drzewa. Owszem, sprawdzała, czy czegoś nie wyczuje – chociaż po prawdzie chciała też upewnić się, że okolica jest bezpieczna teraz. Że gdy rozstawi tutaj krąg widmowidza, nie zostanie zaatakowana przez coś, co czaiło się za którymś dębem.
W końcu zmieniła się z powrotem. Podeszła do jednego z drzew i oznaczyła je za pomocą znaku. Musiała tu za moment wrócić, teleportować się z powrotem. Bo chociaż nie miała żadnych oporów wobec zmiany w animaga przy Laurencie, widmowidzenie… to było już coś innego. To nie tak, że stanowiło wielką tajemnicę, ponieważ – niestety – dwa czy trzy razy Caspian niejako ją „wypożyczył” aurorom, ale jednak Brenna starała się zawsze używać go tylko w towarzystwie rodziny i znanych sobie funkcjonariuszy. Nawet na polanie w Lesie Wisielców czekała aż Victoria zniknie, bo ot nie była pewna, co ta mogłaby powtórzyć swoim krewnym…
– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś – powiedziała, obracając się do Laurenta. – Odprowadzę cię na skraj Kniei. Normalnie zaprosiłabym cię na kawę i ciasteczka w naszym domu, ale będę musiała tutaj teleportować się z powrotem, więc ciasteczka poczekają na następną okazję. To znaczy... oczywiście, nie te ciasteczka z dzisiaj. Inne ciasteczka.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.