14.08.2023, 11:17 ✶
Nie zwracał uwagi na tę nienaturalną ciemność, ciszę i pustkę – niezwykłe na Pokątnej nawet o trzeciej nad ranem. Podchmielony umysł pisarza wypełniał to wszystko dziełami wyobraźni, przywoływał do życia postacie z powieści. Lockhart niekiedy sam za mocno wierzył w swoje fantazje: ta przedziwna atmosfera współgrała ze scenami, jakie kreował, więc sam nie wiedział, gdzie zaczyna się prawda, a gdzie jego własna opowieść.
Niezrozumiałe szepty, które zdawał się słyszeć, ale których znaczenia nie pojmował, w jego uszach były głosami Daniela i ścigających go wiedźm.
Darcy zwolnił dopiero, kiedy dostrzegł obcą, przygarbioną postać. W pierwszej chwili po jego plecach przebiegł dreszcz niepokoju, bo jednak takie spotkania o trzeciej nad ranem w świecie, w którym niedawno doszło do ataku podczas Beltane, niekoniecznie musiały być bezpieczne. W drugiej Lockhart dostrzegł drabinę i uśmiechnął się tylko pod nosem z politowaniem.
Latarnik. To tylko latarnik.
Młodzieniec nie słyszał historii o ulicznych duchach, o upiorach, wychodzących na Pokątną w najciemniejszych, nocnych ulicach. I chociaż nie był złym człowiekiem, nie był też sympatycznym Puchonem, patrzącym na ludzi bez uprzedzeń. Ktoś, kto o trzeciej nad ranem rozpalał uliczne latarnie, był więc dla niego jednostką zapewne godną pogardy. Może jakimś charłakiem? Niewydarzonym czarodziejem, pozbawionym talentów, którego wyrzucono z Hogwartu i musiał imać się każdego zajęcia?
Miał ruszyć dalej, gdy coś przemknęło tuż przed jego nosem. Darcy cofnął się gwałtownie i wzdrygnął, zamrugał. Czy to był kruk? A może tylko się mu przewidziało? Musiało się mu przewidzieć, przecież nawet w świecie czarodziejów z nieba nie spadały krucze skrzydła! A jeżeli spadały, to były przywiązane do reszty kruka i nie znikały bez śladów…
- Co? – wyrwało się mu, gdy odwrócił się gwałtownie do osoby zadającej pytanie. Nie uśmiechał się już, a na pewno nie z politowaniem. Po pierwsze, za bardzo się na to przestraszył. Po drugie, Darcy nie był jeszcze dość pewny swojej pozycji i samego siebie, aby był w stanie okazywać takie rzeczy jak własna pogarda jawnie. – Ja… zdawało mi się… – Spojrzał znów na miejsce, gdzie przed chwilą zobaczył strzęp czerni i po prostu pokręcił głową. – Nic. Zwidziało mi się.
Niezrozumiałe szepty, które zdawał się słyszeć, ale których znaczenia nie pojmował, w jego uszach były głosami Daniela i ścigających go wiedźm.
Darcy zwolnił dopiero, kiedy dostrzegł obcą, przygarbioną postać. W pierwszej chwili po jego plecach przebiegł dreszcz niepokoju, bo jednak takie spotkania o trzeciej nad ranem w świecie, w którym niedawno doszło do ataku podczas Beltane, niekoniecznie musiały być bezpieczne. W drugiej Lockhart dostrzegł drabinę i uśmiechnął się tylko pod nosem z politowaniem.
Latarnik. To tylko latarnik.
Młodzieniec nie słyszał historii o ulicznych duchach, o upiorach, wychodzących na Pokątną w najciemniejszych, nocnych ulicach. I chociaż nie był złym człowiekiem, nie był też sympatycznym Puchonem, patrzącym na ludzi bez uprzedzeń. Ktoś, kto o trzeciej nad ranem rozpalał uliczne latarnie, był więc dla niego jednostką zapewne godną pogardy. Może jakimś charłakiem? Niewydarzonym czarodziejem, pozbawionym talentów, którego wyrzucono z Hogwartu i musiał imać się każdego zajęcia?
Miał ruszyć dalej, gdy coś przemknęło tuż przed jego nosem. Darcy cofnął się gwałtownie i wzdrygnął, zamrugał. Czy to był kruk? A może tylko się mu przewidziało? Musiało się mu przewidzieć, przecież nawet w świecie czarodziejów z nieba nie spadały krucze skrzydła! A jeżeli spadały, to były przywiązane do reszty kruka i nie znikały bez śladów…
- Co? – wyrwało się mu, gdy odwrócił się gwałtownie do osoby zadającej pytanie. Nie uśmiechał się już, a na pewno nie z politowaniem. Po pierwsze, za bardzo się na to przestraszył. Po drugie, Darcy nie był jeszcze dość pewny swojej pozycji i samego siebie, aby był w stanie okazywać takie rzeczy jak własna pogarda jawnie. – Ja… zdawało mi się… – Spojrzał znów na miejsce, gdzie przed chwilą zobaczył strzęp czerni i po prostu pokręcił głową. – Nic. Zwidziało mi się.