06.11.2022, 01:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.11.2022, 01:26 przez Florence Bulstrode.)
Florence początkowo nie miała zamiaru się pojawić.
Nie wątpiła, że zaproszenie otrzymała głównie z powodu swojego nazwiska. W końcu Longbottomowie niekoniecznie musieli wiedzieć, że uzdrowicielka nie sięga do rodowego skarbca, a chociaż pomimo tego żyła na przyzwoitym poziomie, nie mogła szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Mogło też chodzić trochę o to, że przedstawiciele Departamentu dość często trafiali w jej ręce, gdy po różnych akcjach trzeba było przywrócić im nosy, odczarować głowy, przybierające rozmiary balonów albo zdjąć mniej lub bardziej zabójcze klątwy. Tak czy inaczej, zamierzała spędzić ten wieczór jak niemal każdy inny: czyli w szpitalu.
Ordynator jednak wziął ją na rozmowę, wspomniał coś o dniach urlopu, nagromadzonych z dwóch lat, zbyt dużej ilości nadgodzin i uczepił się tego incydentu, gdy zasnęła na krześle, pilnując pacjenta - i ten wpadł w panikę, pewny, że uzdrowicielka umarła. (Trochę przesadzał. Co z tego, że zasnęła z półotwartymi oczami? Poza tym naprawdę miała powód, by tam tkwić, nici przyszłości jasno wskazywały na to, że wkrótce jego stan się pogorszy, to naprawdę nie była jej wina, że nie zobaczyła wszystkiego i nie miała pojęcia, że paniczne wzywanie uzdrowicieli będzie spowodowane jej własną drzemką...)
Tak czy inaczej, musiała wziąć przynajmniej trzy dni wolnego. Będąc chyba w szoku i nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić, znalazła się więc na balu Longbottomów.
(A może tak naprawdę chciała tylko przypilnować najmłodszego brata. Chociaż to chyba było niemożliwe, prawda? Był przecież dorosły. To znaczy, przynajmniej w oczach prawa i reszty czarodziejów, bo w oczach Florence miał pozostać bąblem wymagającym stałego nadzoru tak do okolic trzydziestki.)
W porównaniu z większością pań, prezentowała się mało oszałamiająco, ba, wręcz skromnie. Jej sukienka, choć wykonana z dobrego jakościowo materiału, była ciemna, prosta, pozbawiona jakichkolwiek ozdób czy dużych wycięć. Głównym ustępstwem wobec okazji była fryzura: Florence bodaj pierwszy raz od dobrych trzech lat pokazała się gdziekolwiek publicznie z rozpuszczonymi włosami.
Widząc tłum otaczający gospodarzy, nie zdecydowała się do nich podejść. Świat się nie zawali, jeżeli nie poda im ręki, a i wątpiła, aby ktokolwiek dostrzegł ten towarzyski nietakt. Przez chwilę obserwowała brata i jego narzeczoną - z miną pełną namysłu, być może rozważając, czy dzisiejszy wieczór to dobry moment, aby odciągnąć Elaine na chwilę na bok i spytać, czy nie potrzebuje pomocy w ucieczce do Francji - ale i do nich nie ruszyła, nie chcąc im przeszkadzać. Zamiast tego powędrowała w głąb sali, kiwając tu i ówdzie głową znajomym.
Nie wątpiła, że zaproszenie otrzymała głównie z powodu swojego nazwiska. W końcu Longbottomowie niekoniecznie musieli wiedzieć, że uzdrowicielka nie sięga do rodowego skarbca, a chociaż pomimo tego żyła na przyzwoitym poziomie, nie mogła szastać pieniędzmi na prawo i lewo. Mogło też chodzić trochę o to, że przedstawiciele Departamentu dość często trafiali w jej ręce, gdy po różnych akcjach trzeba było przywrócić im nosy, odczarować głowy, przybierające rozmiary balonów albo zdjąć mniej lub bardziej zabójcze klątwy. Tak czy inaczej, zamierzała spędzić ten wieczór jak niemal każdy inny: czyli w szpitalu.
Ordynator jednak wziął ją na rozmowę, wspomniał coś o dniach urlopu, nagromadzonych z dwóch lat, zbyt dużej ilości nadgodzin i uczepił się tego incydentu, gdy zasnęła na krześle, pilnując pacjenta - i ten wpadł w panikę, pewny, że uzdrowicielka umarła. (Trochę przesadzał. Co z tego, że zasnęła z półotwartymi oczami? Poza tym naprawdę miała powód, by tam tkwić, nici przyszłości jasno wskazywały na to, że wkrótce jego stan się pogorszy, to naprawdę nie była jej wina, że nie zobaczyła wszystkiego i nie miała pojęcia, że paniczne wzywanie uzdrowicieli będzie spowodowane jej własną drzemką...)
Tak czy inaczej, musiała wziąć przynajmniej trzy dni wolnego. Będąc chyba w szoku i nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić, znalazła się więc na balu Longbottomów.
(A może tak naprawdę chciała tylko przypilnować najmłodszego brata. Chociaż to chyba było niemożliwe, prawda? Był przecież dorosły. To znaczy, przynajmniej w oczach prawa i reszty czarodziejów, bo w oczach Florence miał pozostać bąblem wymagającym stałego nadzoru tak do okolic trzydziestki.)
W porównaniu z większością pań, prezentowała się mało oszałamiająco, ba, wręcz skromnie. Jej sukienka, choć wykonana z dobrego jakościowo materiału, była ciemna, prosta, pozbawiona jakichkolwiek ozdób czy dużych wycięć. Głównym ustępstwem wobec okazji była fryzura: Florence bodaj pierwszy raz od dobrych trzech lat pokazała się gdziekolwiek publicznie z rozpuszczonymi włosami.
Widząc tłum otaczający gospodarzy, nie zdecydowała się do nich podejść. Świat się nie zawali, jeżeli nie poda im ręki, a i wątpiła, aby ktokolwiek dostrzegł ten towarzyski nietakt. Przez chwilę obserwowała brata i jego narzeczoną - z miną pełną namysłu, być może rozważając, czy dzisiejszy wieczór to dobry moment, aby odciągnąć Elaine na chwilę na bok i spytać, czy nie potrzebuje pomocy w ucieczce do Francji - ale i do nich nie ruszyła, nie chcąc im przeszkadzać. Zamiast tego powędrowała w głąb sali, kiwając tu i ówdzie głową znajomym.