Tak? Trzeba poświęcać rzeczywiście swój czas, żeby być czemuś oddany? Można przecież być oddanym... sztuce. I wcale przy tym nie malować. Można je podziwiać, sycić się jej obecnością, rozmawiać z tymi, którzy ją tworzyli. Można być oddanym ludziom. I wcale nie chcieć przy tym tego, żeby było im dobrze. Czym więc oddanie było? Laurent nie był specjalistą w znaczeniu słów, ale kiedy tak, hm, został upomniany przez Krukona to może niesłusznie uznał, że ten wie lepiej. Nawet jeśli cichutko się z tym nie zgadzał. Bo definicja nie była dla niego jasna. Chyba w ogóle wywyższał wiedzę tego człowieka, który tu siedział, a przecież niczego o nim nie wiedział. Dom niekoniecznie decydował o tym, czy jesteś mądry czy głupi. Niekoniecznie tez traktował o tym, czy jesteś chujem, czy może jednak istotą z sercem. Ale za każdym razem, jak głos Kaydena nabierał na swojej ostrości, na wyrazistości, to Laurent się napinał. Nie to, że fizycznie. Mentalnie. Stawał na baczność, jakby obawiał się jakiegoś ciosu. To było właśnie to - Kayden z trybu słodkiego puffka stawał się mantikorą, niebezpieczną, z jadem, z żądłem, niemożliwą w zasadzie do oswojenia. To sprawiało, że grunt był naprawdę grząski pod nogami. A co najlepsze nie miał nawet najśmielszego pojęcia o tym, jak wpływał na swojego towarzysza i ten się... frustruje. Przez niego. Przez niego? A może w zasadzie przez siebie samego? Bo przecież teraz też ta suchość nie była wymierzona w Laurenta. Tylko że on o tym nie wiedział.
- Słucham? Nie, w żadnym wypadku. - Okej, 1:0? Nie zrozumiał tego pytania o milczenie w pierwszej chwili, stąd jego zdziwienie. Ale to zaraz wróciło do tego, co wydawało mu się wcześniej i co powiedział. Że Kayden jakoś siebie stopował. Tylko że Laurent zupełnie nie trafiał z kierunkiem tego poczucia. Cóż, to przecież normalne - złe wnioski i zły odbiór, kiedy nie masz o kimś niemal żadnego pojęcia. A jeszcze Kayden, jak dla Laurenta, składał się z bardzo sprzecznych sygnałów. - Słyszałem wiele pochlebstw, mniej lub bardziej szczerych dotyczących mojej pracy i tego miejsca. Moje pytanie nie wynika z próby podważenia szczerości. To ta ciekawość. - Ludziom ciężko było wierzyć, prawda? - Zawsze miło mi usłyszeć coś takiego od osoby, dla której to miejsce nie jest tylko rozrywką do przetapiania galeonów. - Bo nie oszukujmy się, ale w dużej części nią była. Laurent zarabiał bardzo dużo na abraksanach i na hodowanych przez siebie psach. Oraz na różnych innych rzeczach obracających się wokół magicznych stworzeń. Tak czy siak nie był takim idealistą, żeby na przykład odmawiać sprzedaży każdemu, kto nie wykazał się prawdziwą miłością do zwierząt! Choć, fakt jest taki, zdarzyło mu się odmówić już psycholom. To dopiero była draka...
- Tak podejrzewałem. - Odpowiedział gładko, akceptując takie ucięcie tego tematu. Kiedy się zadaje pytania należy być gotowym na odpowiedź, a Kayden ewidentnie gotów na nią nie był. Chociaż to nie była aż taka wspaniała nauka, nie, nie. Laurent w końcu sam nie wiedział, czy Kayden wiedzieć chce. To się robiło jakieś... skomplikowane. Strasznie zawiłe. Zaczynał wchodzić na samoobronę, a nie potrafił stać pod ścianą w bezruchu. Musiał obnażyć kły. Czuł, jakby coś chciało go sprowokować, ale samemu sobie mówił, że przecież nic się nie dzieje. Bo nie działo. Rozumiał siebie na tym poziomie i rozumiał, co się działo w jego wnętrzu. Do pewnego stopnia.
- To nie była groźba. - Tak samo jak słowa Kaydena nie były groźbą. - Nie proponowałbym wrogowi przeżycia czegoś słodkiego. - Dopowiedział, by nie pozostało to bez pewnego rozjaśnienia i wyklarowania tego obrazu. Miał rację. Dokładnie tak było z tymi ranami i to był jeden z wielu powodów, dla których Laurent po prostu nie potrafił być szczęśliwy. Powód, przez który zawsze przytrafiało się jakieś nieszczęście, nawet kiedy wszystko wychodziło na prostą. Więzień swojego ciała. A jednak nie potrafił się oprzeć. Nie było dobrze w żadną ze stron. Ale nie chciał przyznawać tej racji. Tak samo jak wiedział, że to hipokryzja, że zaprzecza sobie mówiąc to, co mówił. Bo mówił to... a tak naprawdę tego nie czuł. To były paskudne realia, które akceptował z wielką goryczą i które nie raz i nie dwa wyciskały łzy z jego jasnych ocząt.
Co miał mu powiedzieć? Że zachowuje się jak dziwka za miliony monet? Że... tylko wtedy czuje się potrzebny? Mnóstwo osób mówiło mu, że stworzył coś niezwykłego, że go podziwia, że gratuluje, że jest taki wspaniały! Ale on nie czuł się wspaniały. Nie czuł się potrzebny. Czuł to tylko wtedy, kiedy ktoś unosił go w swoich ramionach. Tych kilka chwil bycia potrzebnym. No tak, też miała nadzieję, że nie będzie musiał swoich narzędzi używać. Choć czasem... czasem tylko czekał na to, aż ktoś go do tego popchnie. Madness is like gravity - all it needs is a little push.
- Przepraszam. Mam wrażenie, że cię sfrustrowałem swoim... mało romantycznym spojrzeniem na funkcjonowanie tego świata. - Czy to było dobre słowo? Frustracja? Nie był pewien, co kręciło się po głowie Kaydena, ale nie chciał go urazić a tym bardziej nie chciał, żeby ten wyszedł stąd zdenerwowany!