15.08.2023, 01:42 ✶
Ulysses po prostu bał się ojca. Bał się ojca tym strachem, który go paraliżował i niszczył od środka. Bał się w sposób nieuzasadniony i w pewien sposób okrutny nawet dla samego Chestera. Tak naprawdę ten nigdy nie powiedział mu, że jest niewystarczający, że zawsze robi za mało i nigdy nie dorówna stawianym wobec niego oczekiwaniom.
To jego syn wiedział, że jest niewystarczający, że zawsze robi za mało i nigdy nie spełni pokładanych w nim oczekiwań. Wiedział o tym od lat, od małego, gdy chęci sprawienia ojcu przyjemności spełzały na panewce, bo może i się uśmiechał, ale uśmiech nie gościł w jego oczach. Czy dlatego, że nie doceniał starań syna czy też chodziło o to, że w tym czasie umierała jego żona? Może nawet Chestera cieszyło, że syn był doskonałym uczniem, dobrze zdał egzaminy i nieźle radził sobie w pracy, ale jednocześnie, w oczach samego Ulyssesa, to było za mało.
Widział własne braki jak na dłoni. Widział jak bardzo jego umysł obciążała choroba, z którą się urodził. Widział, że zawsze interesował się nieodpowiednimi kobietami. Widział, że jego zainteresowania nijak nie licują z tymi, które miał jego ojciec. Nawet zachowywali się zupełnie różnie i mieli całkiem inne poglądy w bardzo podstawowych kwestiach. Ulysses panicznie bał się dnia, w którym ojciec albo zrozumie jak bardzo nie udał mu się najstarszy syn, albo zginie bo najstarszy syn nie zdążył zapobiec jego śmierci.
To nie miało żadnego sensu, ale strach rzadko bywał racjonalny. Zaklęcie nie zadziałało, bo strach zwyciężył. Młody Rookwood cofał się przestraszony. Niby wiedział, że ma przed sobą tylko bogina, ale… ale jeśli jednak nie? Jeśli jednak…?
Plecy Cathala zasłoniły mu twarz ojca. Trzask. I już nie było Chestera Rookwooda. Słowa w obcym języku. Jęk cichej ulgi, jak upokorzenie, wyrwał się z ust Ulyssesa. To tylko bogin. Więc to naprawdę był tylko bogin. O jak dobrze.
Stał jak słup soli, patrząc na otwierającą się ścianę. W ręku trzymał pochodnię błyszczącą niebieskim światłem. Wiedział, że powinien zareagować, ale nie zareagował nijak. Nadal był jeszcze słupem soli.
To jego syn wiedział, że jest niewystarczający, że zawsze robi za mało i nigdy nie spełni pokładanych w nim oczekiwań. Wiedział o tym od lat, od małego, gdy chęci sprawienia ojcu przyjemności spełzały na panewce, bo może i się uśmiechał, ale uśmiech nie gościł w jego oczach. Czy dlatego, że nie doceniał starań syna czy też chodziło o to, że w tym czasie umierała jego żona? Może nawet Chestera cieszyło, że syn był doskonałym uczniem, dobrze zdał egzaminy i nieźle radził sobie w pracy, ale jednocześnie, w oczach samego Ulyssesa, to było za mało.
Widział własne braki jak na dłoni. Widział jak bardzo jego umysł obciążała choroba, z którą się urodził. Widział, że zawsze interesował się nieodpowiednimi kobietami. Widział, że jego zainteresowania nijak nie licują z tymi, które miał jego ojciec. Nawet zachowywali się zupełnie różnie i mieli całkiem inne poglądy w bardzo podstawowych kwestiach. Ulysses panicznie bał się dnia, w którym ojciec albo zrozumie jak bardzo nie udał mu się najstarszy syn, albo zginie bo najstarszy syn nie zdążył zapobiec jego śmierci.
To nie miało żadnego sensu, ale strach rzadko bywał racjonalny. Zaklęcie nie zadziałało, bo strach zwyciężył. Młody Rookwood cofał się przestraszony. Niby wiedział, że ma przed sobą tylko bogina, ale… ale jeśli jednak nie? Jeśli jednak…?
Plecy Cathala zasłoniły mu twarz ojca. Trzask. I już nie było Chestera Rookwooda. Słowa w obcym języku. Jęk cichej ulgi, jak upokorzenie, wyrwał się z ust Ulyssesa. To tylko bogin. Więc to naprawdę był tylko bogin. O jak dobrze.
Stał jak słup soli, patrząc na otwierającą się ścianę. W ręku trzymał pochodnię błyszczącą niebieskim światłem. Wiedział, że powinien zareagować, ale nie zareagował nijak. Nadal był jeszcze słupem soli.