15.08.2023, 20:11 ✶
Brenna nie dostała stosów czekoladek ani kartek, ale i się ich nie spodziewała. Sama kilka owszem, wysłała – tyle że były to czekoladki dla brata, dla ojca, dla dziadka, dla wujka, dla drugiego wujka. W jej rzeczywistości Walentynki oznaczały głównie to, że musi upewnić się, czy w pokoju wspólnym Gryfonów ktoś nie sprezentował komuś amortencji, ochrzanić grupkę czternastolatków za próbę zrobienia sobie żartów z koleżanki, a potem pozwolić, aby pewna Puchonka z piątego roku wypłakała się na ramieniu, bo pewien chłopiec nie był miły, gdy dostał czekoladki.
Szaleniec. To w końcu były czekoladki.
Nie oznaczało to jednak, że nie dostała niczego. Sowa przyniosła jej w tym roku bodaj pierwszy raz Walentynkę, a konkretnie walentynkowy bukiet, składający się z sałaty, rzodkiewek, marchewek i bardzo dorodnej kalarepy. I bez karteczki domyśliła się, że to żadne wyznanie, a swego rodzaju żart. Wiedziała, kto go wysłał i bardzo nim rozbawiona (a także usatysfakcjonowana, bo w końcu jadalny bukiet to doskonały bukiet) wędrowała właśnie z zamiarem zaoferowania pewnemu Krukonowi w zamian czekoladowej żaby. (Z zastrzeżeniem, że jeżeli znajdzie w niej kartę z Panią Jeziora, to Brenna mu ją wydrze choćby z jego życiem, ale za to może mu wtedy dać w zamian dziesięć innych kart, bo na tę konkretną to poluje już od lat siedmiu. Ewentualnie się za nią wymieni nawet własną duszę, to w końcu Pani Jeziora.)
Nim jednak dotarła w okolice Wieży Krukonów, wpadła na jakiegoś Ślizgona. Dosłownie.
Miał szczęście, że miała zajęte ręce, bo inaczej prawdopodobnie za próbę podniesienia jej – nie taką łatwą, bo Brenna nie była niska, i wcale nie była szczególnie lekka, mięśnie swoje ważyły, a tatuś już zadbał, aby córeczka doceniała aktywność fizyczną i ćwiczyła pilnie – jak nic by oberwał. Nawet nie specjalnie, a w odruchu. Wszak w tych miłych, hogwarckich czasach, Borginowie byli tylko jeszcze jedną rodziną, Anthony tylko jeszcze jednym, młodszym uczniem, a Brenna miała siedemnaście lat i nie wietrzyła we wszystkim, co ludzie robili, jakichś podstępów.
W kanciapie woźnego stanowczym gestem odsunęła jego dłoń od swoich ust. Nie wpadła we wściekłość, bo Brenna ogólnie rzadko się wkurzała. Pytanie też dość szybko wyjaśniło jego jakże osobliwe zachowanie – porywanie dziewcząt ze szkolnych korytarzy było wszak absolutnie niezgodne z regulaminem. Erik w gruncie rzeczy też czasem posuwał się do różnych dziwnych rzeczy, by uciec przed niechcianą wielbicielką… (A parę tych wielbicielek… tak, wypłakiwało się jej potem na ramieniu.)
Na całe szczęście dla Borgina, nie musiał obawiać się, że Brenna postanowi niecnie wykorzystać okazję. Po pierwsze, był młodszy, po drugie, Brenna była po prostu Brenną i na pewno nie spodziewała się po kimkolwiek jakiegokolwiek romantyzmu wobec siebie.
- Połamałeś mi marchewki – oświadczyła, podsuwając mu pod nos swój bukiet. Jakże nietypowy. – A ta sałata? Popatrz, jak teraz wygląda – mruknęła, cofając bukiet ku sobie, by obejrzeć, w jakim stanie są warzywa. No cóż. Warzywny bukiet miał to do siebie, że połamany wciąż nadawał się do jedzenia. – Nie wiem, czy poszła, ale wiesz, Borgin, jest takie ładne słowo, które może ci się bardzo przydać. Brzmi ono „nie”. Możesz spróbować tego, zamiast rzucania dziewczynami po korytarzach. Mogłeś kogoś przestraszyć.
Szaleniec. To w końcu były czekoladki.
Nie oznaczało to jednak, że nie dostała niczego. Sowa przyniosła jej w tym roku bodaj pierwszy raz Walentynkę, a konkretnie walentynkowy bukiet, składający się z sałaty, rzodkiewek, marchewek i bardzo dorodnej kalarepy. I bez karteczki domyśliła się, że to żadne wyznanie, a swego rodzaju żart. Wiedziała, kto go wysłał i bardzo nim rozbawiona (a także usatysfakcjonowana, bo w końcu jadalny bukiet to doskonały bukiet) wędrowała właśnie z zamiarem zaoferowania pewnemu Krukonowi w zamian czekoladowej żaby. (Z zastrzeżeniem, że jeżeli znajdzie w niej kartę z Panią Jeziora, to Brenna mu ją wydrze choćby z jego życiem, ale za to może mu wtedy dać w zamian dziesięć innych kart, bo na tę konkretną to poluje już od lat siedmiu. Ewentualnie się za nią wymieni nawet własną duszę, to w końcu Pani Jeziora.)
Nim jednak dotarła w okolice Wieży Krukonów, wpadła na jakiegoś Ślizgona. Dosłownie.
Miał szczęście, że miała zajęte ręce, bo inaczej prawdopodobnie za próbę podniesienia jej – nie taką łatwą, bo Brenna nie była niska, i wcale nie była szczególnie lekka, mięśnie swoje ważyły, a tatuś już zadbał, aby córeczka doceniała aktywność fizyczną i ćwiczyła pilnie – jak nic by oberwał. Nawet nie specjalnie, a w odruchu. Wszak w tych miłych, hogwarckich czasach, Borginowie byli tylko jeszcze jedną rodziną, Anthony tylko jeszcze jednym, młodszym uczniem, a Brenna miała siedemnaście lat i nie wietrzyła we wszystkim, co ludzie robili, jakichś podstępów.
W kanciapie woźnego stanowczym gestem odsunęła jego dłoń od swoich ust. Nie wpadła we wściekłość, bo Brenna ogólnie rzadko się wkurzała. Pytanie też dość szybko wyjaśniło jego jakże osobliwe zachowanie – porywanie dziewcząt ze szkolnych korytarzy było wszak absolutnie niezgodne z regulaminem. Erik w gruncie rzeczy też czasem posuwał się do różnych dziwnych rzeczy, by uciec przed niechcianą wielbicielką… (A parę tych wielbicielek… tak, wypłakiwało się jej potem na ramieniu.)
Na całe szczęście dla Borgina, nie musiał obawiać się, że Brenna postanowi niecnie wykorzystać okazję. Po pierwsze, był młodszy, po drugie, Brenna była po prostu Brenną i na pewno nie spodziewała się po kimkolwiek jakiegokolwiek romantyzmu wobec siebie.
- Połamałeś mi marchewki – oświadczyła, podsuwając mu pod nos swój bukiet. Jakże nietypowy. – A ta sałata? Popatrz, jak teraz wygląda – mruknęła, cofając bukiet ku sobie, by obejrzeć, w jakim stanie są warzywa. No cóż. Warzywny bukiet miał to do siebie, że połamany wciąż nadawał się do jedzenia. – Nie wiem, czy poszła, ale wiesz, Borgin, jest takie ładne słowo, które może ci się bardzo przydać. Brzmi ono „nie”. Możesz spróbować tego, zamiast rzucania dziewczynami po korytarzach. Mogłeś kogoś przestraszyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.