Widać nie każdy balans był tym dobrym. Nie każdy był możliwy do osiągnięcia. Z jednej strony anioł, z drugiej demon. Siedzą na ramionach i każą słuchać ich dobrych rad. Który ma rację? Ten, który każe wrażliwość stłumić, na poczet życia zgodnie z czystą krwią? Czy ten, który ją wielbi, zachęcając do podążania za marzeniami? Czyimi marzeniami? Jakimi marzeniami? Przecież wszystko już miał... Co świat mógłby mu zaoferować, żeby jakoś szturchnąć serce, by przypomniało sobie jak bić? Nie stracił pasji, miał ją... ale to nie wystarczyło. To było za mało. Zbyt subtelne, za słabe, by go poruszyć.
- Spokojnie... widzę tu rozsądek, nie negację. - Zapewnił go. - Niepokoi? - Uśmiechnął się krzywo, unosząc brew. Zaśmiał się krótko i tylko wzruszył ramionami, bo nie miał na to właściwej odpowiedzi. - Wszystko ma swoją cenę... - Jego język był słodko gorzki, gdy mówił. Jak kawa i czekolada. Zależy tylko o czym była mowa. A czy się poddał? Człowiek, który się poddał, nie dezaprobuje, tylko akceptuje rzeczywistość. Nie, nie poddał się. Nie był pewny, czy w ogóle potrafił. Milczenie nie jest ani zgodą, ani zaprzeczeniem...
Spojrzał na Laurenta z niezrozumieniem. Przykro mu? Dlaczego? Jedyne co stracił, to ogień. Wszystko tliło się słabym, spokojnym płomieniem, kiedy miał tą swoją stabilność. Daleko mu było do kompletnego załamania, a na kolana paść nie zamierzał. Parsknął cicho i pokręcił głową. - Niesłusznie. - Odpowiedział cicho. Miał ochotę powiedzieć, żeby martwił się sobą, ale się ugryzł w język. Znów byłby zbyt surowy i ostry, a wcale nie chciał. - Stabilizacja jest... - Monotonna. Niezmienna. Nużąca. Męcząca. Prozaiczna. - ...wytartą ścieżką. W życiu potrzebna jest równowaga, to prawda, ale ta właściwa. Bez jasnych płomieni, będziesz siedział w zimnej izbie. Na co ci słabe iskry? Szybko wygasną bez ciągłego dokładania drewna. Najpierw buchasz, później płoniesz... Wygasasz tylko wtedy, kiedy przestaje ci zależeć... - Zachichotał cicho, bo znów zeszło na metafory. Jakoś łatwiej było wyjaśnić pewne sprawy, posługując się alegorią. - Tak przynajmniej uważam. - Wzruszył ramionami, uparciuch jeden i w tej sprawie nie miał zamiaru dać się przekonać. Ten pogląd siedział w nim za głęboko. Uśmiechnął się lekko i pokiwał głową. - Gdzież bym śmiał? Oczywiście, że mówimy tu o różnych stopniach inteligencji... - Pociągnął żart, potem parsknął cicho. - Ah, wiesz... coś czuję, że na trzech przypadkowych spotkaniach się tu nie skończy... Nie, żeby mi to szczególnie przeszkadzało... - Powiedział i pokręcił głową z taką... prześmiewczą dezaprobatą? Niedowierzaniem? Coś w tym guście. - Jak dotychczas zdołał pan skutecznie przegnać moją Nudę, panie Prevett. Mam tylko nadzieję, że obejdzie się bez latania...
Dysputa została jako tako zakończona, przy kawie i tych jedwabnych płachtach, które opadły na ich relację. Rozejm? Ciężko było określić, bo królowie białych i czarnych pionów wciaż stali za daleko siebie. Coś jednak złapali, jakąś nić porozumienia i na tym jak na razie grę zakończyli. Pani Delacour namalowała wspaniały obraz, na którym każdy z latających koni przedstawiał się dostojnie i z niewymuszoną gracją. Zdołała uchwycić to, co najpiękniejsze w New Forest. Kaydenowi bardzo się ten obraz podobał, jak zresztą wszystkie jej prace, ale jednak ten był szczególnie wyjątkowy. Dumny się czuł ze swojej rodzicielki i cieszył się jej szczęściem, gdy promieniała cała po ukończonej pracy, wciskając mu ponownie Charliego do rąk w drodze powrotnej do domu. Rozdzielili się, każdy zajął się znów sobą. Laurent wrócił do pracy, Kayden wrócił do szarej codzienności. Jedyne co się zmieniło, to to wcześniejsze napięcie, które złagodniało nieco. Odciągnęło to trochę myśli Kaydena o tym, co zaszło w klubie jazzowym. Trudno było jednak powiedzieć, że całkiem o tym zapomniał...
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)