Ten zew był nieznośny. Pojawiał się co jakiś czas i to zawsze bolało tak samo. Laurent musiał skupiać się całą wolą, żeby nie dać się zupełnie oczarować morzu, który zawsze ciągnął go do siebie. Żeby nie rzucić wszystkiego i nie wskoczyć w głębiny, by tam pozostać przez resztę dni, dopóki czar trwał. Czar? Nikt nie czarował. Nikt nie miotał zaklęciami uroku w jego stronę. Nie był pewien, czego to w zasadzie dotyczyło. Nie chciał się przekonywać. Brzmiało niebezpiecznie, gdy nieznajoma siła próbowała uwieść cię w takim sam sposób, w jaki wabił do siebie syreni głos. Miał zobowiązania, miał zajęcia, miał ludzi, którzy potrzebowali jego obecności na miejscu. Mógłby spisać całą masę rzeczy przemawiających za tym, żeby po prostu ignorować to nieznośne wołanie, opierać się mu. Mógł nie mieć siły fizycznej - ale rozum miał.
Albo i nie miał rozumu za grosz, skoro w końcu nie wytrzymał i poddał się zewowi.
Co on tutaj w ogóle robił - nie wiedział. Spoglądał oczarowany i jednocześnie przestraszony na statek przed sobą. Jakby to było miejsce, które znasz, które rozpoznajesz mimo tego, że w zasadzie to nie widziałeś go nigdy wcześniej. Przynajmniej tak ci się wydawało. Odpowiedź na to pytanie miał. Znała je również Brenna. Znał je Atreus. I chociaż była gotowa i na wyciagnięcie ręki to i tak nie cichło. Co ja tu robię? Na Boga, co to za wariactwo cię tutaj przygnało?
Widok takiej grupy ludzi, aurorów i brygadzistów, wcale nie był pokrzepiający. Abraksan Laurenta, na którym zawsze podróżował, wielki ogier o śnieżnej sierści, prychał rozeźlony kawałek od brzegu i nie był ani trochę chętny do podchodzenia bliżej. Nie mieszał odwagi z głupotą. A podchodzenie do czegoś takiego Michael, jak to rumak miał na imię, uznawał już za głupotę. Blondyn tylko na moment obejrzał się na niego, nim jego wzrok znów padł na statek. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach podpowiadając, że może jednak warto zawrócić... ale nie. Brenna miała rację - jeśli nie łodzią popłynąłby tam własnymi siłami. Musiał. Dopiero słowa Brenny wyrwały go z tego czaru.
- Twoje próby mogą być bezcelowe. - Uśmiechnął się do Brenny ulotnie, zaciskając palce na jej wprawionej w walce dłoni. Dłoni, która zamiast kobiecą miała siłę, żeby powalić dorosłego chłopa. - Będę. - To akurat obiecać mógł, bo był ostatnią osobą, która by brawurowo rzucała się na niebezpieczeństwa.
Dopiero, kiedy Brenna zniknęła, co nie zdziwiło go ani trochę, spojrzał po pozostałych. Znajome mniej lub bardziej twarze, spora część przynajmniej z widzenia. I jakoś wcale nie dziwiło go, że wszyscy tutaj znali Brennę. Nie mieszał się do tego. Usiadł w zorganizowanej łodzi, którą Brenna mu zaproponowała wcześniej czekając, aż ta dopłynie do celu. Zawsze podziwiał osoby, które potrafiły zachować spokój ducha a nawet i poczucie humoru w obliczu zagrożenia. To pierwsze starał się zachować zawsze, z różnymi skutkami. To ostatnie - tak. O ile niebezpieczeństwo nie było całkowicie realne. A tutaj wydawało się aż zbyt realne i chłodem przenikało przez jego granatowy płaszcz. Dlatego też Laurent wszedł na statek w ciszy.
Eq: futerko mamusine (że selkie)