16.08.2023, 11:58 ✶
Florence miała przerwę. Czasem wykorzystywała ją na kawę, czasem na rozmowę, jeśli na oddziale był ktoś znajomy – ale równie często postanowiła zrobić coś produktywnego. Jak tym razem: chciała omówić dwie sprawy w recepcji i...
...natknęła się na dość osobliwą scenę.
Oczywiście, że poznała te charakterystyczne, bardzo jasne włosy. Rozpoznałaby je wszędzie. Mimo tego, że ktoś się przy nim kręcił, bez większego problemu dostrzegła także krew i to, że młody Prewett wyglądał, jakby miał zamiar zaraz zemdleć.
– Wyczaruj nosze, a nie wypytuj, Dorian – nakazała ostro, ruszając w stronę Laurenta i stażysty, który miał za zadanie pomagać w "selekcjonowaniu" pacjentów. Wzroku nie odrywała od Laurenta. Tak, zainterweniowałaby, gdyby był tutaj także ktoś całkowicie obcy, ale teraz o wiele bardziej się martwiła.
Właśnie dlatego magomedyk nie powinien zajmować się członkami rodziny. Tyle że nie było mowy, aby po prostu zostawiła chłopaka samego sobie, póki ktoś się nim nie zaopiekuje.
– Parter, Wypadki przedmiotowe, sala badań. Pójdę z nim – zarządziła, kiedy stanęła przed Prewettem i zmierzyła go spojrzeniem, szybko oceniając obrażenia. Nie dostrzegła na pierwszy rzut oka żadnych śladów niebezpiecznych klątw, nieudanej transmutacji czy – czego się spodziewała – urazów, które wyglądałyby jak dokonane przez magiczne stworzenia. Tak, zdecydowanie, wypadki przedmiotowe – chociaż to nie był wypadek, to wyglądało na zaplanowany atak.
To nie był też jej wydział, ale Rhynda i Doyle z dyżury na wypadkach przedmiotów dwie minuty temu dostali całą rodzinę, która padła ofiarą tajemniczego wybuchu kociołka. Florence nie zamierzała ryzykować, że pomoc do chłopaka dotrze choćby o sekundę za późno.
– Laurent, mój drogi, połóż się proszę i spróbuj jak najmniej się ruszać – powiedziała, do niego zwracając się już zupełnie innym tonem. O ile do Doriana mówiła chłodno i rzeczowo, o tyle do Prewetta łagodnie, i zaraz znalazła się przy jego boku, gotowa – na miarę swoich marnych możliwości – pomóc mu usiąść i ułożyć się na noszach. – Wszystko będzie dobrze. Gdzie boli najbardziej?
Nie zadawała pytań o tożsamość, wszak ją znała. Nie miała też zamiaru pytać, co się stało: w tej chwili młody Prewett wyraźnie nie był w stanie rozmawiać. O to zapyta później, kiedy chłopak dojdzie do siebie, a potem natychmiast ściągnie tu któregoś z braci, aby zebrał zeznania i dopadł drania, który ośmielił się podnieść rękę na Laurenta.
Machnęła różdżką, transmutując opatrunek na ramieniu w coś porządniejszego. Kolejne machnięcie i rana na twarzy się zaleczyła. Cała reszta musiała poczekać aż przewiozą chłopaka na salę, gdzie będą mikstury oraz warunki do obejrzenia wszystkich obrażeń rannego.
– Eliksir wiggenowy, eliksir uzupełniający krew, eliksir przeciwbólowy, trzy dawki – rzuciła jeszcze do Doriana, zanim wraz z magicznymi noszami skierowali się na właściwy wydział. Na całe szczęście, był to parter. Nie poświęciła wiele uwagi Elaine, acz powód był prosty: ta nie wydawała się ranna, a Florence całkowicie skupiła się na swoim kuzynie. O jej udziale w całej sprawie na razie nic nie wiedziała i wszelkie podziękowania miały pojawić się dopiero później.
...natknęła się na dość osobliwą scenę.
Oczywiście, że poznała te charakterystyczne, bardzo jasne włosy. Rozpoznałaby je wszędzie. Mimo tego, że ktoś się przy nim kręcił, bez większego problemu dostrzegła także krew i to, że młody Prewett wyglądał, jakby miał zamiar zaraz zemdleć.
– Wyczaruj nosze, a nie wypytuj, Dorian – nakazała ostro, ruszając w stronę Laurenta i stażysty, który miał za zadanie pomagać w "selekcjonowaniu" pacjentów. Wzroku nie odrywała od Laurenta. Tak, zainterweniowałaby, gdyby był tutaj także ktoś całkowicie obcy, ale teraz o wiele bardziej się martwiła.
Właśnie dlatego magomedyk nie powinien zajmować się członkami rodziny. Tyle że nie było mowy, aby po prostu zostawiła chłopaka samego sobie, póki ktoś się nim nie zaopiekuje.
– Parter, Wypadki przedmiotowe, sala badań. Pójdę z nim – zarządziła, kiedy stanęła przed Prewettem i zmierzyła go spojrzeniem, szybko oceniając obrażenia. Nie dostrzegła na pierwszy rzut oka żadnych śladów niebezpiecznych klątw, nieudanej transmutacji czy – czego się spodziewała – urazów, które wyglądałyby jak dokonane przez magiczne stworzenia. Tak, zdecydowanie, wypadki przedmiotowe – chociaż to nie był wypadek, to wyglądało na zaplanowany atak.
To nie był też jej wydział, ale Rhynda i Doyle z dyżury na wypadkach przedmiotów dwie minuty temu dostali całą rodzinę, która padła ofiarą tajemniczego wybuchu kociołka. Florence nie zamierzała ryzykować, że pomoc do chłopaka dotrze choćby o sekundę za późno.
– Laurent, mój drogi, połóż się proszę i spróbuj jak najmniej się ruszać – powiedziała, do niego zwracając się już zupełnie innym tonem. O ile do Doriana mówiła chłodno i rzeczowo, o tyle do Prewetta łagodnie, i zaraz znalazła się przy jego boku, gotowa – na miarę swoich marnych możliwości – pomóc mu usiąść i ułożyć się na noszach. – Wszystko będzie dobrze. Gdzie boli najbardziej?
Nie zadawała pytań o tożsamość, wszak ją znała. Nie miała też zamiaru pytać, co się stało: w tej chwili młody Prewett wyraźnie nie był w stanie rozmawiać. O to zapyta później, kiedy chłopak dojdzie do siebie, a potem natychmiast ściągnie tu któregoś z braci, aby zebrał zeznania i dopadł drania, który ośmielił się podnieść rękę na Laurenta.
Machnęła różdżką, transmutując opatrunek na ramieniu w coś porządniejszego. Kolejne machnięcie i rana na twarzy się zaleczyła. Cała reszta musiała poczekać aż przewiozą chłopaka na salę, gdzie będą mikstury oraz warunki do obejrzenia wszystkich obrażeń rannego.
– Eliksir wiggenowy, eliksir uzupełniający krew, eliksir przeciwbólowy, trzy dawki – rzuciła jeszcze do Doriana, zanim wraz z magicznymi noszami skierowali się na właściwy wydział. Na całe szczęście, był to parter. Nie poświęciła wiele uwagi Elaine, acz powód był prosty: ta nie wydawała się ranna, a Florence całkowicie skupiła się na swoim kuzynie. O jej udziale w całej sprawie na razie nic nie wiedziała i wszelkie podziękowania miały pojawić się dopiero później.