O ile Stanley zgodziłby się na stwierdzenie, że Robercik jest szurnięty, tak to samo tyczyło się jego samego. W końcu najrówniej pod sufitem też nie miał, co bez dwóch zdań plasowało go w rodzinie Mulciberów jako jeden "z nich" tyle, że z innym nazwiskiem. Niestety Roberto nie miał jak zdzielić Borgina kiedykolwiek pasem, ponieważ go nigdy nie było, a jak już się pojawił to zaraz zniknął we Francji, ot takie złożenie losu.
- Spokojnie księżniczko - zwrócił się oczywiście do Sauriela - Nie podrywałem. Znamy się z kursu Aurorskiego, który zacząłem z dwa lata wcześniej od Victorii i jak widać dalej nie skończyłem - uśmiechnął się pod nosem. Bez dwóch zdań mógł się już określić jako swego rodzaju "wieczny student". Przez ułamek sekundy nawet przebrnęła mu myśl o to, że mógłby zostać Aurorem z faktu na zbyt długą ilość czasu spędzoną na podchodzeniu do egzaminów. Taki auror honoris causa za swoje próby.
Że z Rookwoodem było źle to wiedział nie od dzisiaj. Ale że było z nim, aż tak źle to właśnie się przekonał. Jak to z jaką panią? Stanley mówił po francuski z chińskim akcentem, że ten nie rozumiał? Może powinien mu przeliterować? - No jak to jakim? Waszym - przejechał dłonią pomiędzy panem Rookwood, a - jak się okazało - nie panią Rookwood - Narzeczona? Hmm... Gadałeś co innego... Nie wnikam - uniósł ręce do góry jakby miał się poddać. Coś tutaj się ewidentnie nie zgadzało. Stanley nie wiedział kto się pomylił w zeznaniach - Trochę mi co prawda ulżyło jak żadnego ślubu nie było bo już się bałem, że będę musiał Ci wypowiedzieć przyjaźń lub coś ten deseń - oznajmił. Czy by to zrobił? Raczej nie. Pewnie poszliby na piwo, ewentualnie rudą i wszystko sobie wyjaśnili, ot tak już mieli. W końcu alkohol łagodzi obyczaje...
- Nie napinaj się tak bo Ci żyłka pęknie Rookwood i do tego ślubu nie dotrwasz. Zgrywam się. Nie tylko Ty się możesz zgrywać w tym gronie - zauważył - Po prostu zazdroszczę Victorii. Gdybym był piękna niewiastą to też bym chciał aby Sauriel został moim mężem. Niestety nie jestem, więc jedyne co mi zostało to sadzenie z nim ogórków i picie alkoholu - wzruszył ramionami, gdzieś tam wyobrażając sobie jak Stacey Borgin tworzy piękne i oddane małżeństwo z Saurielem. Stop. Przestań Stanley, za daleko Przekręcił głową bo aż go przeszły ciarki na swoje myśli.
- Mucha nie siada. Nie wygrzebią się. To wiedza poradnikowa - wtórował mistrzowi ogórkowej ceremonii, a następnie chwycił za butelkę rudego trunku. Rozlał kulturalnie po szklaneczkach jakby co najmniej pili jakiś samo(z)gon z piwniczanej bimbrowni - Oczywiście, że tak. Chyba w to nie wątpiłeś? - zwrócił się do Sauriela, mrużąc lekko oczy jakby badał to co przed chwilą powiedział - No co... Przede wszystkim to jakiś dom zbudować. Mieć syna... No i najważniejsze posadzić coś, nie? Nie zawsze można drzewo, więc ogórki mogą być dobrą alternatywą - odpowiedział Victorii jakby to była najjaśniejsza i najprostsza rzecz w życiu. Stanley jako osoba, która mieszkała całe życie w Londynie, nie widział możliwości do posadzenia drzewa, więc poszedł w bardziej przyziemne metody jak sadzenie roślin.
- No to, chluśniem bo uśniem - zaprosił państwa (nie) Rookwoodów do toastu za ich wieczorną robotę i opróżnił szklankę do dna. Kac dawał się lekko we znaki i trzeba było go zniszczyć w zarodku - Łoooj, dobre - przetarł usta wierzchem dłoni, a następnie odwrócił się w stronę poletka - Wielkie te rozsady nam wyrosły. Nigdy się nie spodziewałem, że to cholerstwo może być takie duże - przyznał sięgając po paczkę papierosów - Komuś? - skierował otworzoną paczkę w kierunku Sauriela i Victorii, chcąc ich poczęstować i sam chwilę później wyjął jednego nikotynowego truciciela aby go spalić przed harówką.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972