Rodzinna rezydencja zawsze kojarzyła mu się miło. Najpierw z dziecinną beztroską, a później z naradami, niczym w kuluarach, w których już jako dorosły Borgin brał udział. Do budynku dotarł całkiem wcześnie jak na godzinę, którą ustalili jako rozpoczęcie spotkania, wszak progi domu przekroczył już chwilę po siedemnastej. Nie próżnował jednak i odwiedził Williama, dziadka, a zarazem nestora ich rodu. Zjedli razem obiad przy akompaniamencie rudawego trunku aby później przenieść się do jego gabinetu, gdzie rozmawiali o sprawach ważnych i ważniejszych. Pogawędka trwała dobrą godzinę kiedy to Stanley przeprosił i powiedział, że czekają na niego dalsze obowiązki, a mianowicie rozmowa z Anthonym. Starszy z Borginów oczywiście rozumiał to. W końcu za jego prośbą, wręcz namową ta rozmowa miała się właśnie odbyć. Nestor wiedział również, że obydwaj kuzyni dogadują się ze sobą jak nikt inny, nic więc dziwnego, że to akurat Stanley został wybrany do tej rozmowy z Ianem.
Salonik, który został wybrany do przeprowadzenia dyskusji, swego rodzaju debaty, a może rodzinnej indoktrynacji, przypominał małą biblioteczkę. Nie miał co prawda jakichkolwiek szans z biblioteką, która znajdowała się na piętrze i pełniła swoją funkcję zgodnie z nawą ale miał w sobie to "coś". Stanley czuł tu się niczym ryba w wodzie chociaż sam nie wiedział dlaczego. Bez dwóch zdań można było to uznać za pewnego rodzaju gabinet, który jednak nie miał właściciela jak pozostałe pokoje w rezydencji.
Słysząc otwierane drzwi, podniósł wzrok. To nie mógł być nikt inny jak Anthony we własnej osobie. Uniósł kącik ust na widok swojego kuzyna i nie czekając na specjalne zaproszenie wstał, kierując swoje kroki w jego stronę. Zasady dobrego wychowania wymagały aby to właśnie starszy z Borginów przywitał się z młodszym, co oczywiście zamierzał zrobić. Powitał go przyjacielskim misiaczkiem, nie omieszkując go również poklepać po plecach - Witaj, witaj. Siadaj, rozgość się we własnym domu - zaśmiał się, wszak brzmiał trochę jak gospodarz pomimo tego, że to drugiemu mężczyźnie było bliżej do tego. Od razu powrócił do swojego chyba ulubionego fotela na którym rozsiadł się wygodnie.
Stanley ubrany był w ten sam sposób co zawsze. Nienagannie wyprasowana śnieżnobiała koszula, czarne spodnie w kant, buty pantofle i ciemny płaszcz, który jednak został na wieszaku przy głównych drzwiach. Ten sam płaszcz, który dostał od nestora rodu na sam koniec edukacji w Hogwarcie i ten sam z którym nie mógł się rozstać mimo przekonywań rodziny, że powinien sprawić sobie nowy. Sam zainteresowany nie narzekał, odzienie nadal prezentowało się zjawiskowo i pomimo tylu lat, nie było na nim większych ubytków czy zniszczeń.
- Prawda. Ciężko by mi było się nie zgodzić. Ten gabinet ma w sobie po prostu to coś. Ma taką duszę, przemawia do mnie. A po drugie jest tutaj kominek w którym zawsze można napalić... Chociaż może dlatego, że dziadek zawsze nam tutaj czytał książki na wakacjach? - przeniósł zaciekawione spojrzenie na kuzyna, tłumacząc mu skąd mogło pochodzić to uwielbienie. Słysząc jednak drugie pytanie, odnoszące się do Bartholomeusa, podniósł się z fotela i podszedł do dużego okna. Prawą dłonią odsłonił kawałek zasłony z firaną aby się przyjrzeć temu co widzi za oknem - A od kiedy jest on nam potrzebny? - zapytał wpatrując się w ogród za oknem - Wierz mi lub nie ale gdyby był tutaj potrzebny to by tutaj z nami siedział - pokiwał lekko głową na zgodę z własnymi słowami, a następnie odwrócił się do Anthony'ego, opierając się o parapet - Czy coś się stało? Zależy jak powinniśmy interpretować te słowa. Zawsze się coś dzieje. Nie ma przecież dnia w którym by się coś nie działo - odparł trochę tajemniczo, nadal nie zdradzając o co może chodzić w tym spotkaniu - Nic się jednak nie bój. Nikt nie chce się Ciebie pozbyć ani detronizować z roli dziedzica rodziny - zaśmiał się pod nosem. Nadal trochę nie dowierzał, że jego młodziutki kuzyn kiedyś będzie rządził tą rodziną. Chciał jednak wierzyć, że nie nastąpi to zbyt szybko, ponieważ ten musiał się jeszcze wiele nauczyć, a najlepiej to ustatkować aby przestał myśleć o wszystkim co jest płcią piękną i jeszcze oddycha.
- Wszystko rozumiem. Nie przejmuj się. Sam w końcu pracuję w Ministerstwie, przygotowuję się do bycia Aurorem. Początki roku są zawsze najgorsze - zgodził się, kontynuując po chwili - Zanim zaczniemy, poprosiłem aby przyniesiono nam trochę mocniejszego trunku i dwie szklanki... - dodał, spoglądając na swój zegarek na dłoni - Które powinny być... Mniej więcej teraz? - zadał retoryczne pytanie, podnosząc wzrok na twarz kuzyna gdy rozległo się pukanie w drzwi, co Stanley skwitował tylko szerokim uśmiechem. Co by złego nie mówić, Isabella dobrała bardzo zgrane i punktualne gosposie czy służących - Idź odbierz. Nie każ im czekać. Jeszcze pomyślą, że coś złego zrobiły, a tak przecież nie było. Podziękuj tylko ładnie jak na dziedzica przystało - polecił młodszemu mężczyźnie i oddelegował go dłonią w żartobliwym geście.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972