16.08.2023, 20:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2023, 22:56 przez Brenna Longbottom.)
Brutalna prawda była taka, że sama Brenna prawie nie dostrzegała Anthony’ego – a przynajmniej nie dostrzegała go bardziej niż jakiegokolwiek innego chłopca na czwartym roku. Dwa lata różnicy wieku może były niczym po dwudziestce, ale dla panny, która skończyła siedemnaście lat i sama sobie wydawała się taka dorosła, skoro była już pełnoletnia… te kilka roczników wyżej stanowiło przepaść. Wiedziała, że Louvain, Atreus i Anthony są bardzo popularni. Ale to też niezbyt robiło wrażenie na młodszej siostrze popularnego Erika. Zresztą jej najlepszy przyjaciel Castiel też był przystojny i szalenie inteligentny, więc po prostu do widoku ładnych, chłopięcych twarzy… nawykła.
Lubiła go, ale w jej przypadku ciężko było w hogwarckich latach o kogoś, kogo nie darzyłaby sympatią: to dopiero miało się zmienić. Już dużo łatwiej było znaleźć osoby, które nie przepadały za nią: za gadulstwo, za zbytnią energiczność czy niektóre zachowania.
Brenna omal nie roześmiała się, kiedy Borgin zaczął zapewniać, że wcale nie chciał połamać warzyw i przyśle jej nowy bukiet. Zdawał się szczerze zakłopotany, więc uśmiechnęła się do niego znad tego bukietu.
- Nie ma sprawy, warzywny bukiet ma nad normalnym tę przewagę, że nawet połamany jest piękny, bo go można dalej zjeść – oświadczyła. A kiedy przyjrzał się uważniej, mógł stwierdzić, że wcale nie wyglądało to po prostu jak pęczek warzyw: ułożono je dość artystycznie i przewiązano wstążeczką. Było ich sporo, więc zapach marchewki i sałaty bardzo skutecznie przytłumił zapach dość słabych, bzowych perfum, oczywiście z drogerii Potterów, które wysyłano je tak często, że obdarowała nimi już połowę uczennic. Teraz wokół pachniało głównie sałatą. I marchwią. – Nie mam zamiaru tego gotować, zjem je potem po prostu.
Marchewka, sałata i rzodkiewki miały tę cudowną zaletę, że można było potraktować je jako przekąskę, kiedy się zgłodnieje. A Brenna miała chęć na przekąski dość często. Niektórzy krewni mawiali, że gdyby tak ciągle nie ganiała we wszystkie strony zaraz, prawdopodobnie już by nie chodziła, a się toczyła. Przynajmniej tyle, że nie dyskryminowała – wcale nie musiała jeść czekolady czy pączków. Marchewka i rzodkiewka też się nadawały.
– Nie jestem zła. Gdybym była zła, na pewno byś zauważył. Dostałbyś w nos. To bardzo ciężko przegapić – powiedziała wprost, bo z równowagi wyprowadzić ją było ciężko, ale kiedy już się to działo, to wybuchały bójki. Najczęściej na przykład z takim Rosierem, mającym kiedyś nieładny zwyczaj nadużywania słowa na „sz”. Po kilku wspólnych szlabanach on jednak zaczął gryźć się w język, a ona trochę przyhamowała z rzucaniem się na niego z pięściami. – Coś potrzebujesz? Proszę, nie mów, że szukasz prefekta, bo tobie też ktoś dał czekoladki z amortencją. Jak będę wracać, muszę dopaść Ślimaka, bo jak nic ktoś włamał się mu do gabinetu i zaiwanił cały kociołek, a potem sprzedał to innym uczniom. Skonfiskowałam już dziś chyba ze cztery pudełka, a jedną biedaczkę z czwartego roku musiałam podstępem zaprowadzić do skrzydła szpitalnego, żeby dalej jej odtrutkę… jak ja dorwę tego gada, który jej to podał, to będzie przepraszał na kolanach i ze łzami w oczach – oświadczyła. Miała wrażenie, że niektórych ogarnął jakiś amok. Rok temu nie przypominała sobie żadnych przypadków z eliksirami miłosnymi. Tak, jak nic ktoś okradł profesora. Albo… – Hm, a może uwarzyli coś w łazience Marty. Cholera, muszę o tym pogadać z Tori – dodała jeszcze jakby z zastanowieniem, bo kiedyś widziała tam pozostawiony kociołek. Mało kto korzystał z tej łazienki, z racji na to, że zwykle człowiek wchodząc do toalety bardzo nie chce, aby przeniknął nagle przez niego duch. Albo zaczął zawodzić. Albo piszczeć, że go obrażasz.
– Możemy też nacisnąć klamkę i wyjść na korytarz – zasugerowała, przenosząc spojrzenie z twarzy Borgina na drzwi. – Może sobie poszła. A jeśli sobie nie poszła i będzie nastawać na twoją cnotę, solennie obiecuję, że jak przystało na dobrą Gryfonkę bohatersko cię obronię. I przy okazji ocalę ją przed nią samą, wyjaśniając, że szkoda jej czasu na chłopców, którzy uciekają przed nią do schowków na miotły. No dalej, trochę odwagi, Ślizgonie. Wiem, że wasz styl to czajenie się w cieniach niż bezpośrednie stawianie czoła zagrożeniu, ale tutaj zaraz zeżrą nas pająki – oświadczyła, wskazując na pajęczynę tuż koło swojej głowy. Nie, nie bała się pająków, więc i nie próbowała się od niej odsuwać, ale przecież nie będą chować się w schowku przed jakąś biedną, zakochaną dziewczyną.
Lubiła go, ale w jej przypadku ciężko było w hogwarckich latach o kogoś, kogo nie darzyłaby sympatią: to dopiero miało się zmienić. Już dużo łatwiej było znaleźć osoby, które nie przepadały za nią: za gadulstwo, za zbytnią energiczność czy niektóre zachowania.
Brenna omal nie roześmiała się, kiedy Borgin zaczął zapewniać, że wcale nie chciał połamać warzyw i przyśle jej nowy bukiet. Zdawał się szczerze zakłopotany, więc uśmiechnęła się do niego znad tego bukietu.
- Nie ma sprawy, warzywny bukiet ma nad normalnym tę przewagę, że nawet połamany jest piękny, bo go można dalej zjeść – oświadczyła. A kiedy przyjrzał się uważniej, mógł stwierdzić, że wcale nie wyglądało to po prostu jak pęczek warzyw: ułożono je dość artystycznie i przewiązano wstążeczką. Było ich sporo, więc zapach marchewki i sałaty bardzo skutecznie przytłumił zapach dość słabych, bzowych perfum, oczywiście z drogerii Potterów, które wysyłano je tak często, że obdarowała nimi już połowę uczennic. Teraz wokół pachniało głównie sałatą. I marchwią. – Nie mam zamiaru tego gotować, zjem je potem po prostu.
Marchewka, sałata i rzodkiewki miały tę cudowną zaletę, że można było potraktować je jako przekąskę, kiedy się zgłodnieje. A Brenna miała chęć na przekąski dość często. Niektórzy krewni mawiali, że gdyby tak ciągle nie ganiała we wszystkie strony zaraz, prawdopodobnie już by nie chodziła, a się toczyła. Przynajmniej tyle, że nie dyskryminowała – wcale nie musiała jeść czekolady czy pączków. Marchewka i rzodkiewka też się nadawały.
– Nie jestem zła. Gdybym była zła, na pewno byś zauważył. Dostałbyś w nos. To bardzo ciężko przegapić – powiedziała wprost, bo z równowagi wyprowadzić ją było ciężko, ale kiedy już się to działo, to wybuchały bójki. Najczęściej na przykład z takim Rosierem, mającym kiedyś nieładny zwyczaj nadużywania słowa na „sz”. Po kilku wspólnych szlabanach on jednak zaczął gryźć się w język, a ona trochę przyhamowała z rzucaniem się na niego z pięściami. – Coś potrzebujesz? Proszę, nie mów, że szukasz prefekta, bo tobie też ktoś dał czekoladki z amortencją. Jak będę wracać, muszę dopaść Ślimaka, bo jak nic ktoś włamał się mu do gabinetu i zaiwanił cały kociołek, a potem sprzedał to innym uczniom. Skonfiskowałam już dziś chyba ze cztery pudełka, a jedną biedaczkę z czwartego roku musiałam podstępem zaprowadzić do skrzydła szpitalnego, żeby dalej jej odtrutkę… jak ja dorwę tego gada, który jej to podał, to będzie przepraszał na kolanach i ze łzami w oczach – oświadczyła. Miała wrażenie, że niektórych ogarnął jakiś amok. Rok temu nie przypominała sobie żadnych przypadków z eliksirami miłosnymi. Tak, jak nic ktoś okradł profesora. Albo… – Hm, a może uwarzyli coś w łazience Marty. Cholera, muszę o tym pogadać z Tori – dodała jeszcze jakby z zastanowieniem, bo kiedyś widziała tam pozostawiony kociołek. Mało kto korzystał z tej łazienki, z racji na to, że zwykle człowiek wchodząc do toalety bardzo nie chce, aby przeniknął nagle przez niego duch. Albo zaczął zawodzić. Albo piszczeć, że go obrażasz.
– Możemy też nacisnąć klamkę i wyjść na korytarz – zasugerowała, przenosząc spojrzenie z twarzy Borgina na drzwi. – Może sobie poszła. A jeśli sobie nie poszła i będzie nastawać na twoją cnotę, solennie obiecuję, że jak przystało na dobrą Gryfonkę bohatersko cię obronię. I przy okazji ocalę ją przed nią samą, wyjaśniając, że szkoda jej czasu na chłopców, którzy uciekają przed nią do schowków na miotły. No dalej, trochę odwagi, Ślizgonie. Wiem, że wasz styl to czajenie się w cieniach niż bezpośrednie stawianie czoła zagrożeniu, ale tutaj zaraz zeżrą nas pająki – oświadczyła, wskazując na pajęczynę tuż koło swojej głowy. Nie, nie bała się pająków, więc i nie próbowała się od niej odsuwać, ale przecież nie będą chować się w schowku przed jakąś biedną, zakochaną dziewczyną.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.