Słodycz chwili, kiedy wszystko układało się w poezję. Milczenie wpływało jak szumiąca fala w nostalgię, spokój stawał się błogi, a zmysły wydawały się wyczulone na zaledwie cichy oddech, czy sól w morskiej bryzie. Wieczorne słońce pieściło niebo ognistym blaskiem, odbijając się w tafli wody, która zdawała się zgarniać odbicie lustrzane złota i muskać nim plażę. Ciche nie-słowa między nimi zapadły, tak kojące po ciężkim dniu pracy. Rzadko kiedy trafiał się ktoś, z kim mogłeś sobie swobodnie pomilczeć. Nacieszyć się jedynie subtelną obecnością. Był wdzięczny za to, że mógł to zrobić właśnie teraz, w tej chwili. Była wyjątkowa.
Nosił w sobie tę nostalgię, napędzaną pięknymi widokami i milczeniem. Nic dziwnego, że Laurent to zauważył. Niespecjalnie się z tym krył. Napawał się tą ciszą przez dłuższą chwilę, jak można napawać się aromatem ogrodowych kwiatów, dopóki nie usłyszał swojego imienia. Wtedy wybudził się ze słodkiego letargu i spojrzał na Laurenta, mrugnąwszy z raz czy dwa, jakby go czymś odurzono... Pierwszy raz słyszał, jak je wypowiada. Jego imię.
Nie zdążył zareagować. Nawet nie wiedziałby jak. Mógł tylko słyszeć głuchy pisk w uszach i bicie serca, które zagłuszyło nawet cudowny śpiew wody. Nie, ta melodia była ładniejsza... Żywa. Prawdziwa. Obca. Rzeczywista.
Po zaskoczeniu, które go na chwilę omamiło, przyszła łagodna akceptacja. Zmrużył długie rzęsy i zbliżył delikatnie, powoli, rozkopując piach. Usta muskały usta... Nie żarliwie, jak płomień, który stapiał skórę. Miękko, jakby całował jedwab. A nie całował? Śnił... Czuł, jakby dryfował między chmurami, nie bojąc się, że spadnie. Cisza eksplodowała i ani jedna myśl nie pojawiła się w jego głowie. Ani jedna wątpliwość. Ah, pewnie zasnął na tej plaży... Jeżeli to sen, to wcale nie chciał się wybudzać. Uwielbiał takie sny... zdarzały się za rzadko, by mogły go nasycić. Wcale nie chciał wracać do tej szarości, nie, kiedy dostrzegł tak piękne barwy. Morski kolor tęczówek, które hipnotyzowały na tle złocistych strąków. Jak oaza na środku oceanu, albo właśnie w drugą stronę. Zatoka, otoczona piachem. Kayden przymknął oczy i wplótł palce w anielskie włosy. Czy całował właśnie jednego z niebiańskich stworzeń? Tak właśnie się czuł... To było zbyt intensywne, żeby było prawdziwe. Jego smak, jego zapach... to wszystko był tylko sen, prawda...?
Musiał być... Inaczej już by go odciągnął. Już by się denerwował. Już stal przebijałaby na wylot, a usta miast całować Laurentego, całowałyby okrutne słowa. Uciekłby, zamiast się zbliżać. Jego dłoń wcale nie zjechałaby w dół, na kark, lekko ciągnąc do siebie tą urokliwą marę nocną. Nie zrobiłby tego, będąc w swoim ciele... prawda? Krótka chwila szczęścia i miodu na ustach. To był tylko sen. Chwila słabości.
- Powiedz to jeszcze raz... - Wyszeptał w jego usta, choć wargi wciąż skradały motyle pocałunki. - Moje imię... - Dodał słabo, uciekając w fantazję. Chciał je usłyszeć. Ten jedwabny głos, wplątany w jego imię.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)