Nigdy nie pomyślałby, że spotka tego człowieka tak szybko po bezpośrednim zapoznaniu na przeklętej polanie, którą dotknęło tyle śmierci. Zła i gniewu. Na pewno nie pomyślałby, że spotkają się tam, gdzie kwitła radość i rozpusta. Gdzie rozkoszne usta dam i panów tworzyły taniec słów i słodkich pocałunków. Ale fantazjował o tym, by pocałować jego usta. Chciał być żelazem przyciąganym przez magnes jego oczu, jedwabną pościelą na jego skórze, wodą spływającą na jego ciało. Fantazje jednak były fantazjami. Zamiast słodkiego snu była ponura rzeczywistość. I tamta chwila w klubie jazzowy, ta dziwna rozmowa później i te pytanie - wydawało mi się? Co było prawdą, a co tylko grzesznym życzeniem? Życie czasem splatało chwile dokładnie tak, jak splatano wianki. Delikatne łodygi stokrotek zwijała w idealne okręgi, wplatało w to gałązki i kilka kaczeńców. To było bardzo grzeszne i w zasadzie bardzo niepoważne. Przecież powiedział "nie". Nawet dwa razy. Pod tamtym klubem, kiedy swoją dłonią szukał jego dłoni. Magnes. Opiłki żelaza. Nie mogło mu się wydawać, siła przyciągania była przecież zbyt silna.
Dzisiaj na pewno.
Dotknął ust, które był dokładnie tak miękkie jak sobie to wyobraził. Nie jak spragniony wody, a jak koneser dobrego wina, który ledwo moczy wargi w pysznym trunku, by go zasmakować. Nie było odsunięcia się, kolejnego zaprzeczenia, wyparcia, krzyku, że co on wyrabia, żeby więcej się nie zbliżał! Nie. Było przysunięcie się bliżej. Akceptacja. Laurent patrzył na te oczy, te długie rzęsy, teraz tak bliskie niego samego i aż oczy mu zalśniły, kiedy mógł wypuścić oddech z klatki piersiowej. Kiedy motyle rozpłynęły się po brzuchu i przyniosły takie słodkie, takie lekkie uniesienie. Wart grzechu. Nie było w tym żadnej świętości, ale to zabawne. Bo czuł się bardziej uświęcony niż gdy podczas świąt odwiedzał kościół.
Zgiął nogi i lekko się na nich uniósł, kiedy poczuł przyciąganie. Dokładnie to, którego chciał, którego potrzebował. Na które warto było czekać. Zbliżył się. Obrócił do niego tak, by nic nie przeszkadzało pieszczocie ust.
- Kayden... - Wyszeptał zgodnie z życzeniem, uśmiechając się delikatnie przy rozkosznych dreszczach własnego ciała.