adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I
Brenna nie lubiła Stanleya, a Stanley nie lubił Brenny. W jej przypadku to nielubienie sięgało daleko: niechęć wobec niego stanowiła niemalże rdzeń jestestwa, i chociaż Borgin nie miał załapać się na ranking Czarownicy, to w jej prywatnym zestawieniu – osób, których nie umiała znieść – zajmował trzecie miejsce. Zaraz za Voldemortem i własnym krewnym, ojcem martwej Crawleyówny.
W ich świecie pozory były jednak ważne, a nawet jeżeli Brenna nie przepadała za maskami, nauczyła się je czasem nosić. Nadmierna niechęć z jej strony byłaby dziwna, zwłaszcza, że Brenna zasadniczo na dwadzieścia osób lubiła dziewiętnaście, i to często nawet gdy one nie przepadały za nią. W końcu nie była takim Chesterem. Pilnowała więc, aby codziennie mówić Stanleyowi „dzień dobry”, jeżeli przekazywała jakieś informacje, to by zwykle dostał dokładnie taką samą wiadomość, jak ci Brygadziści i aurorzy, z którymi nie była blisko (by jeśli faktycznie chciałaby coś ukryć, brak tej wiadomości był „niedopatrzeniem”, a nie „normą”) i nigdy nie wahała się, jeżeli musiała podejść do niego z jakąś sprawą.
Może rozdając wszystkim pączki na jego biurku zostawiła tego najmniejszego i pozbawionego posypki, ale przecież nie sprawdzała każdego z niemal pięćdziesięciu przysmaków, prawda?
Dlatego na wiadomość wprawdzie nie odpisała od razu – zwyczajnie wyjątkowo nie było jej w biurze, bo dwudziesty szósty wypadało spędzić z rodziną, nawet jeżeli ostatnio z pracy prawie nie wychodziła – ale już kolejnego dnia zawędrowała przed biurko Borgina. Bo treść listu, jaki dostała, sprawiła, że dosłownie poderwała się z krzesła, niepewna, czy się cieszyć, bo „TO TROP”, czy wręcz przeciwnie, zamartwiać, bo „o bogowie, ile osób on zabił, a my niczego nie zauważyliśmy? I jak go powstrzymać”.
Spotkał tego człowieka. We śnie. Co więcej w cudzym śnie. Koszmar.
Brzmiało to jak to, co przydarzyło się jej. I gdyby tamtej nocy nie była tak zmęczona, gdyby sen nie był tak realny, że kiedy się przebudziła nie była pewna, gdzie zaczyna się jawa i nie pobiegła do Victorii… może też uznałaby, że miała koszmary.
Choć, rzecz jasna, paranoja podpowiadała, że może Borgin tylko chce dowiedzieć się, co wie ona... musiała to sprawdzić, prawda?
- Przepraszam – powiedziała, by zwrócić na siebie jego uwagę i oderwać od rzeczy, jakie akurat robił. Wyglądała jak zwykle w Biurze: ot przepisowy mundur, włosy nieco bardziej opanowane niż po godzinach. I prawie niewidoczny magiczny puder matki, nie mający dodawać urody, ale przynieść kres pytaniom o to, czy ostatnio spała i jadła. (Brenna zupełnie tych drugich nie rozumiała: oczywiście, że jadła. Nie było mowy, by przestała jeść! Wprawdzie często robiła to na przykład biegnąc gdzieś z kanapką w ręku, ale absolutnie nie zaczęła żadnej głodówki.)
W ręku trzymała dwie kartki. Jedną z nich położyła na blacie i przesunęła w stronę Stanleya. To był ten sam szkic, który mu wcześniej posłała: ciemnowłosy, łysiejący mężczyzna o bladej twarzy i krzaczastych brwiach.
– Czy w tym śnie próbował kogoś zabić, a ty tego kogoś uratowałeś? – spytała prosto z mostu, spojrzenie brązowych oczu utkwiwszy w jego twarzy, by wyłapać najdrobniejszą zmianę mimiczną.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.