Coś go opętało. Jakiś miły duch, który na chwilę przejął jego ciało, by mógł się nacieszyć czymś tak niewinnym. Załagodził jego ostre spojrzenie. Ukoił myśli. Coś musiało przejąć jego naczynie, by dusza miała sposobność odetchnąć na chwilę, nie będąc dręczoną przez apatię. Śladu po tym nie było. Tak, na tę chwilę, świat był piękny, aż chciało się na niego patrzeć. - Lukrecja? - Zmarszczył brwi, po czym znów parsknął śmiechem. Jakże trafne, choć paradoksalnie sprzeczne. Lek na układ dróg oddechowych, a z taką łatwością odebrał mu dech w piersi... - Taki z ciebie słodko-gorzki korzeń? - Zażartował z lekkim uśmiechem.
Ależ to było dziwne... rozmawianie swobodnie po tym, co się właśnie stało. Jak gdyby nigdy nic. Jakby to było naturalnie... a przecież nie było. Czy nie to im wpajano? Że to wynaturzenie i cudactwo, że tak nie można, że to coś złego... W takim razie jak to logicznie wyjaśnić? Jak podważyć? Bo jakoś musiał... Nie sądził, by ta błogość długo trwała. Rzeczywistość zawsze po jakimś czasie wraca i uderza z liścia. Wystarczy usłyszeć gdzieś słowo. Jakiś skrawek rozmowy na temat i od razu czujesz się gorzej jakby ciągnięty na dno czarnego morza. Znikające powoli słońce jednak milczało, a fale szeptały kojąco, nie burząc się o bycie świadkiem czegoś niemoralnego.
Sam nie wiedział czego się spodziewać. Czy to po sobie, czy Laurentym. Nie był w stanie odczytać jego myśli, ale spoglądał na te różane policzki i miał ochotę je całować, raz koło razu, aż staną się czerwone jak wino. Co w niego wstąpiło? Może w swoim kubku ktoś mu dolał amortencję...? To by wyjaśniało wiele, ale nie, trzeźwy był. Przerażająco trzeźwy. Nie wiedział nawet, czy to by na niego zadziałało. Czy fałszywa miłość to trucizna? Nie miał pojęcia... W ogóle coś słabo u niego było teraz z myśleniem. Jedynie serce myślało, tęsknie bijąc w stronę Lukrecji, jakby jednym kęsem uzależniło się od słodko-gorzkiego smaku.
Bał się... że zacznie go pytać. Drążyć temat. Sam nie znał odpowiedzi na to, dlaczego zdecydował się schować ostrze, którym się przed nim bronił. Przed nim? Nie, nie chodziło o Laurentego. Bronił się przed samym sobą... Jakie to było okrutne, wystrzegać się tego, co sprawiało, że stawał się żywy. To jak odmawiać spragnionemu wody... A Laurent przyciągał go jak magnes. Znów zapragnął zanurzyć się w morzu i być blisko niego. Zmusił się, żeby zamiast tego podnieść się powoli z piachu i otrzepać ubrania z ziaren. - Robi się ciemno... - Wyciągnął rękę w stronę blondyna, żeby pomóc mu wstać, unosząc w górę brwi z niemym pytaniem. Niewinny pretekst, żeby jeszcze przez chwilę móc dotknąć jego ciepłej skóry. Przez krótki moment. Tylko kropla wody.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)