Mało osób tak do niego mówiło w obecnym czasie. Pozostało tylko wspomnienie - i to niekoniecznie samych dobrych chwil. To przezwisko, czy też ten "pseudonim" powinien rodzić w nim więcej negatywnych odczuć niż pozytywnych. Miał do niego jednak słabość. Zatopiło się w jego serduchu i tak jakoś z nim zostało - jako część niego samego. Spoglądał na ten zlepek liter jak na coś oswojonego i przyswojonego. Zdarzało mu się nadal wyszeptać komuś to słodko-gorzkie słówko, bo taki dokładnie miało smak. Pasuje do ciebie. Tak, wiedział, że pasuje, kiedy mu to mówili. Nie chciał być dla nikogo goryczą ani goryczy za sobą zostawiać, chciał być dobrym człowiekiem. Czasem jednak miał wrażenie, jakby coś go opętywało. Okazywało się, że opamiętanie się w takich momentach jest tak kolosalnym wysiłkiem, że go nie podejmował. Albo nawet nie zauważał, że powinien się zatrzymać, bo został pchnięty jakąś niewidzialną siłą swojego mózgu. Nie chciał być ofiarą tego wszystkiego i nie chciał czynić ofiary z kogoś. Tak jak tutaj to mogło... to mogło wyjść o wiele gorzej. I powinien się był oprzeć. Jakoś nie potrafił. Nie chciał. Nawet mimo tego, że mogła nadejść tylko gorycz po tym miodowym smaku. Albo gorzkim smaku kawy.
- Wypowiedziałeś to takim tonem, że byłbym w stanie uwierzyć, że określenie "korzeń" to komplement. - Różnie go określano, ale KORZEŃ? To było coś zupełnie nowego, tak bardzo dosłownego w określeniu lukrecji, która jednak większości kojarzyła się po prostu ze słodyczami. Trochę go Laurent tutaj zdziwił (kolejny raz), a przecież nie powinno go dziwić, że osoba, która ewidentnie jest ciekawa świata i chce wiedzieć różne rzeczy ma też rozeznanie w naturze. Albo przynajmniej w tym przypadku, bo może akurat go fenomen tego słodycza, który maił tylko wielbicieli i wrogów, nic pomiędzy, zabrał kilka chwil skupienia Kaydena, żeby ten się nim zainteresował?
Dotknął go ten moment opadania emocji, który mu w ogóle nie przeszkadzał. Czuł się przyjemnie upojony tą chwilą. Tą kradzieżą, której dokonał dla siebie samego. I z nadzieją, że to będzie błogosławieństwo, nie grzech, również dla Kaydena. Słońce powoli zachodziło. Gasło wraz z tymi uczuciami i tym, jak uspakajał się oddech. Przynajmniej teraz naprawdę czuł powietrze w płucach. Tlen przedzierał się przez każdą jego komórkę ciała - i to było dobre uczucie. Tylko nie był do końca pewien, czy miało szansę pomóc mu w zaśnięciu.
Czy Kaydena teraz dopadnie syndrom ucieczki? Chwila radości i przyjemności, żeby potem się wyrzec, upewnić co do tego, że ta przyjemność nie jest wcale warta tego życia w strachu i niepewności? Wiedział z pierwszej ręki, jak to wyglądało. Kiedy się podniósł i wypowiedział te słowa spojrzał na niego automatycznie, spodziewając się, że odejdzie ukradkiem. Jakby to on był złodziejem, a nie Laurent. Zamiast jego pleców zobaczył jego wyciągniętą dłoń. To była drobna chwila, kiedy skoncentrował na niej spojrzenie. Niespodziewanym geście, jak niespodziewana była cała ta chwila. Niby sam ją zainicjował, a jakby się zastanowić to jednak we wspomnieniach, tak świeżych, jawiła się jak nieprawdziwa.
Złapał jego dłoń i podniósł się korzystając z pomocy, samemu otrzepując potem z piasku.
- Na szczęście słońce będzie zachodzić jeszcze jutro, pojutrze... - Uśmiechnął się łagodnie, trochę zachęcając Kaydena, trochę zapraszając. Na zachód słońca jutrzejszego dnia. I tego, który będzie po nim. I... dopóki tylko tutaj będą. Badał go też. Czy wszystko było w porządku, czy może coś się zmieniało?