Lukrecja była czarna, nie zachęcała wcale, ni to zapachem, ni smakiem, ani na pewno nie wyglądem. Nie przepadał za tym łakociem... za to kwiat to już inna bajka... - Widziałeś kiedyś kwiat lukrecji? - Zapytał z wesołym błyskiem w oku. Na roślinach się nie znał, ale na kwiatach? Jego matka artystka nie miała córki, więc jak można się domyśleć, w niego wpoiła właśnie swoją wiedzę. Ano, Kayden nie miał się jak uchronić przed tym fatum. Dobrze, że chociaż bukietów go nie uczyła składać, choć dzięki pewnej znajomej Gryfonce miał już wprawę w układaniu bukietu warzywnego. - Korzeń kwiatu nazywany jest czasami miodowym korzeniem... - Lukrecja była tutaj strasznie ponura. Ale miód? Tak, miód mu pasował... Kawa i miód. Też niecodzienne połączenie, którego za żadne skarby by o zdrowych zmysłach nie spróbował, ale... przecież właśnie to zrobił. Nie pozostawiła po sobie goryczy, jedynie zastrzyk energii, potrzebnej, żeby przeżyć dzień. Dzień męczący, choć zakończony dość przyjemnie.
Miał rację, kiedy mówił o zatracaniu się w pasji, a przynajmniej w jego przypadku się to sprawdziło. Najpierw był ogień, a później przygasł wraz z zachodem słońca, lecz teraz tlił się nadal i nie zamienił w popiół. Nie wygasł całkiem, a Kay nie miał zamiaru go oblewać zimną wodą rzeczywistości. To była rzeczywistość. Nie sen. Ciężko mu było w to uwierzyć, ale wierzył... Wierzył, że ten miód utrzyma się na dłużej. Nie miał prawa domagać się, by został na zawsze, ale będzie się cieszył z każdej ulanej kropli. Każdej cudownej chwili, którą Laurent zadecyduje się mu podarować.
Chwilę zawiesił wzrok na jego ustach, które wygięły się w uśmiechu. Czy to był ten szczery, czy nie? Spojrzał na oczy, jakby szukał w nich poparcia. Jakiegoś potwierdzenia. Chyba szczery, chyba prawdziwy, choć słowa zabrzmiały jakoś niepewnie. Czekał na jego reakcję? Może się bał, że powie mu znów to surowe "nie"? Nie miał podstaw, by uważać inaczej... W końcu jak do tej pory Kayden zachowywał się dość agresywnie i czupurnie, a to wszystko przez bałagan w głowie. Niepewność, której nie znosił. Wciąż tam była, tyle że stłumiona. Nie zapomniał o niej, ale też nie czuł się na siłach, by sobie to w głowie porządkować. Był już tym zmęczony... Nie potrafił być taki delikatny i subtelny jak Laurent, ale mimo tego spróbował, patrząc mu w te morskie oczy, żeby zrozumiał, że nie miał zamiaru go znowu odtrącać. Nie, kiedy tak pięknie potrafił malować świat. - W takim razie warto je podziwiać, dopóki nie zgaśnie całkiem.- Powiedział łagodnie, jakby szeptem. Kolejna jedwabna płachta, okalająca słowa. Tej ciszy za długo jednak nie wytrzymał, bo była zupełnie inna, niż poprzednie. Jakaś niezręczna dla niego. Czuł się jak kretyn... Bez tych swoich ostrych spojrzeń i zadartej w górę głowy. Bez dumy i rozsądku. Jak na wystawie. Odwrócił wzrok, odchrząknąwszy lekko i ruszył powoli przodem, ociągając się jednak trochę, żeby Laurent do niego dołączył, jeśli tego właśnie chce.
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)