17.08.2023, 17:18 ✶
- Nie jest zdrowa – przyznała Brenna. Zresztą niezbyt ją dziwiło, że Heather unikała nadmiaru kawy: do niedawna w końcu była sportowcem. Sama Brenna unikała kawy przez lata, udawało się jej to jeszcze dwa lata po Hogwarcie, ale praca w Brygadzie szybko przestawiła ją na inne tory. – Niestety, jak większość osób w Brygadzie, jestem absolutnie uzależniona od niej i od równie niezdrowych pączków. Chociaż myślę, że do śmierci może doprowadzić raczej mugola, nie czarodzieja.
Oni mieli to szczęście, że istniały różne eliksiry i takie rzeczy jak problemy z ciśnieniem rzadko ich dotyczyły – a jeżeli już, uzdrowiciele z Munga mogli stosunkowo łatwo sobie z nimi poradzić. Oczywiście, po odstaniu swojego w kolejce, bo nie był to kłopot tak poważny jak wybuch kociołka czy spontaniczne samozapłony.
– Zawsze wolałam metodę marchewki niż kijka – roześmiała się na słowa o tym, że Heather czuje się zmotywowana. – Poza tym sama uwielbiam te ciastka, zwłaszcza czekoladowe – dodała jeszcze szczerze, bo przecież to nie tak, że tylko altruistycznie zamierzała nagrodzić Wood za jej wkład w poszukiwania. Była też w tym samolubna, bo sama również planowała poczęstować się ciasteczkiem. Albo dwoma. Albo dziesięcioma. Na szczęście, zapobiegliwie kupiła całe pudełko.
Zerknęła na Wood z pewnym namysłem, gdy ta wspomniała, że chciałaby zostać zapamiętana i dość obojętne jej, w jaki sposób. Brenna miała swoje przemyślenia na ten temat, ale zdecydowała się nimi nie dzielić. Mogła poświęcić na poszukiwania określony czas, więc szkoda było tracić go na dywagacje… zresztą, niektóre rzeczy lepiej pozostawić niewypowiedziane.
– Myślę, że będzie najwygodniej, jeżeli jedna z nas pójdzie do działu z Florą, a druga zostanie tutaj, na styku Teorii Magii i Historycznych, bo te też mogą się przydać… – mruknęła, wyjmując własne listy, a potem uniosła różdżkę i skopiowała je, wręczając po jednym egzemplarzy Heather. – Każda z nas idzie szukać, spotykamy się za jakieś pół godziny przy tamtym stoliku i razem przepatrzymy, co znalazłyśmy? – zasugerowała, wskazując wolne miejsce. O tej porze nie było tutaj jeszcze tłumów, ledwo otwarto i faktycznie panowała cisza. Brennie jednak to nie przeszkadzało. Chociaż była przy ludziach straszliwą gadułą, umiała milczeć, przebywać tylko we własnej obecności, a poza tym kochała książki. Zwłaszcza te beletrystyczne – przecież przy nich człowiek wcale nie był sam, otaczało go całe mnóstwo postaci, które miały wiele do powiedzenia.
– Zobaczymy, komu lepiej pójdzie – powiedziała, uśmiechnęła się do Heather, a potem zagłębiła pomiędzy półki, szukając tytułów.
Oni mieli to szczęście, że istniały różne eliksiry i takie rzeczy jak problemy z ciśnieniem rzadko ich dotyczyły – a jeżeli już, uzdrowiciele z Munga mogli stosunkowo łatwo sobie z nimi poradzić. Oczywiście, po odstaniu swojego w kolejce, bo nie był to kłopot tak poważny jak wybuch kociołka czy spontaniczne samozapłony.
– Zawsze wolałam metodę marchewki niż kijka – roześmiała się na słowa o tym, że Heather czuje się zmotywowana. – Poza tym sama uwielbiam te ciastka, zwłaszcza czekoladowe – dodała jeszcze szczerze, bo przecież to nie tak, że tylko altruistycznie zamierzała nagrodzić Wood za jej wkład w poszukiwania. Była też w tym samolubna, bo sama również planowała poczęstować się ciasteczkiem. Albo dwoma. Albo dziesięcioma. Na szczęście, zapobiegliwie kupiła całe pudełko.
Zerknęła na Wood z pewnym namysłem, gdy ta wspomniała, że chciałaby zostać zapamiętana i dość obojętne jej, w jaki sposób. Brenna miała swoje przemyślenia na ten temat, ale zdecydowała się nimi nie dzielić. Mogła poświęcić na poszukiwania określony czas, więc szkoda było tracić go na dywagacje… zresztą, niektóre rzeczy lepiej pozostawić niewypowiedziane.
– Myślę, że będzie najwygodniej, jeżeli jedna z nas pójdzie do działu z Florą, a druga zostanie tutaj, na styku Teorii Magii i Historycznych, bo te też mogą się przydać… – mruknęła, wyjmując własne listy, a potem uniosła różdżkę i skopiowała je, wręczając po jednym egzemplarzy Heather. – Każda z nas idzie szukać, spotykamy się za jakieś pół godziny przy tamtym stoliku i razem przepatrzymy, co znalazłyśmy? – zasugerowała, wskazując wolne miejsce. O tej porze nie było tutaj jeszcze tłumów, ledwo otwarto i faktycznie panowała cisza. Brennie jednak to nie przeszkadzało. Chociaż była przy ludziach straszliwą gadułą, umiała milczeć, przebywać tylko we własnej obecności, a poza tym kochała książki. Zwłaszcza te beletrystyczne – przecież przy nich człowiek wcale nie był sam, otaczało go całe mnóstwo postaci, które miały wiele do powiedzenia.
– Zobaczymy, komu lepiej pójdzie – powiedziała, uśmiechnęła się do Heather, a potem zagłębiła pomiędzy półki, szukając tytułów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.