Kwiaty, no tak. Pytał o kwiaty i jakoś tak znów wszystko zaskoczyło na swoje miejsce. Podporządkowało się pod wizję osoby płonącej romantyzmem, której ogień dawno został zgaszony. Był surowy, był ostry, ale... kiedy w zasadzie? I na ile ta ostrość była celowa, a na ile jakimś instynktem obronnym? Niełatwo było pokazywać swoją miękką stronę, jeśli nie potrafiło się jej obronić. Dziwne, bo Kaydenowi wydawało się to przychodzić naturalnie. Nawet nie musiał się starać, toczenie z nim boju oznaczało konieczność do wyciągnięcia broni. Czy łatwo było go zranić? Czy każdy widział to, co zobaczył Laurent? Niewielu ludzi posiadało wrażliwość, by w ludzi spoglądać i z nich czytać jak z ksiąg. Laurent tej sztuki czytania uczył się od lat. Zaś to, że emocje budził było chyba jego "darem". I przekleństwem. I choć z ludzi potrafił czytać to do dzisiaj nie rozumiał, jakim sposobem ludzie te emocje względem niego mieli tak różne. A Kayden? Jego urokowi, który rzucał, na pewno nie opierały się panienki. Oj tak, jeszcze będzie miał o tym okazję przeczytać w gazecie! Ale nie musiał o tym czytać, żeby mieć co do tego pewność.
- Nie. Nie widziałem. - Przyznał. Lubił rośliny, nawet bardzo. Inaczej nie miałby ogrodu, nie mieszkałby na takim zadupiu. I chociaż się na nich znał to zdecydowanie nie potrafiłby nazwać chyba każdego kwiatka, którego by zobaczył - nie leżały one w spektrum jego zainteresowań. Nie widział w tym żadnej ujmy - przyznać się do tego, że się czegoś nie wiedziało. - I co? Pasuje? - Zapytał z szerszym uśmiechem. Nie był pewien, czy osoba, która wypowiedziała to jako pierwsza miała na myśli szerokie znaczenie tego słowa, ale wiedział, że wtedy nawiązywała do słodyczy. W ramach komplementu akurat, bo lukrecję lubiła. I z pełną świadomością, że większość jej jednak nie lubi. A podpytał z pełną świadomością, że do niego powiedział o proponowaniu słodyczy. On akurat fanem łakoci nie był.
Laurent łatwo dawał się zauroczyć i równie łatwo czar zauroczenia pryskał. Chwile takie jak ta były landrynkami trzymanymi w metalowym puzderku, które wyciągasz przy kiepskim samopoczuciu. Tee prawdziwe landrynki, które nawet nie lepiły ci się do palców. Z sekundowym opóźnieniem ruszył plażą za Kaydenem, czując znów ciepło rozlewające się po ciele, to wspaniałe poczucie zadowolenia. Bycia chcianym. Bez zabarwienia, że to może grzeczność, a może jakaś inna gra podejmowana na kolejnym spotkaniu. Śmiałość Lukrecji była dawkowana. Nie przepadał za przejmowaniem inicjatywy, ale nie przeszkadzało mu przygotowywanie podłoża, by była ona podjęta. Mógł tworzyć okazję, żeby ktoś ją wykorzystał. Czasem jednak niektórzy potrzebowali bardziej dosadnej pomocy i ośmielenia, żeby zobaczyć, że diabeł nie taki straszny, gdy w anielskie pióra się przybierze.
Tak. Ta cisza była zupełnie inna. Ale ze strony Laurenta - bardzo przyjemna.
- Kayden... - Zaczepił delikatnie, łagodnie. Nie to, że chciał go jakoś upominać, ale wydawał mu się absolutnie rozkojarzony. Bardzo ładne określenie: "rozkojarzony". - Namioty są w drugą stronę. - Przypomniał życzliwie, tak jakby... tak jakby się Kayden jednak zagapił. Bo tak prawdzie mówiąc to Laurent nie miał pojęcia, czy Kayden ma ochotę na spacer, czy po prostu spacer, tak, ale po drodze do namiotów samą plażą, zamiast wchodzić na zielone łąki. Ale miał trochę chochlików w oczach, kiedy to mówił i spoglądał na jakiegoś takiego... nabuzowanego Kaydena. Nie, tak po prawdzie nie do końca rozumiał, co się aktualnie działo. Ale wyglądało to słodko i uroczo.