17.08.2023, 17:39 ✶
- Pewnie tak. Tata kiedyś przez przypadek zamknął mnie w piwnicy w domu. Wydostałam się, ale do dziś nie wiem, czemu nie dostałam kary za skorzystanie z magii poza Hogwartem, dziadek musiał remontować ścianę, a mama omal nie udusiła taty – powiedziała Brenna, a na ustach zaigrał jej uśmiech. Piwnica domu Longbottomów była doskonale chroniona, właściwie stanowiła magiczny loch (nie to, że się tym chwalili), a Brennie udało się z niej wydostać tylko dlatego, że po pierwsze akurat miała przy sobie różdżkę, po drugie, jako domowniczka znała jej słabe punkty. – Uwielbiam oba, najlepiej w równych proporcjach. Najgorsza jest papierologia. Nikt nie lubi papierologii. Poważnie, połowa naszej pracy do wypełnianie raportów. A ty? Lubisz takie… hm, niezwykłe przypadki?
Machnęła ręką w stronę rozkopanej ziemi, jakby chcąc podkreślić, o jaki niezwykły przypadek chodzi. Właściwie nie miała pojęcia, na czym dokładnie polega praca Delacoura. Siedział w biurze i oglądał przyniesione mu przedmioty? Pojawiał się na takich wykopaliskach? Mozolnie wybijał wzory w amuletach, by uczynić je pieczęciami? Jej wyobrażenia mogły być dalekie od prawdy. A właściwie ją to ciekawiło: od dziecka była nieco nadmiernie ciekawska, i może po części stąd wzięła się jej gadatliwość. Bo zaczynało się od zadawania stu pytań na minutę rodzicom oraz potem bratu.
– W ramach szlabanów kazał czyścić kociołki. Paskudztwo – odparła, a potem uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej na jego pytanie, rozbawienie zdawało się też iskrzyć w ciemnych oczach. Tak, bawił ją tamten bukiet, nawet jeżeli wiele osób wzięłoby to za okrutny żart. Tyle że dla niej to był żart, owszem, ale właśnie doskonały, w dodatku świetnie dobrany do osoby. – Nie zapomnij o marchewkach. Czy próbowałeś wręczać sałatę innym, czy jednak postanowiłeś zostać przy tradycyjnych różach? – spytała.
Rozbawienie szybko jednak zgasło, a jej brwi zmarszczyły się, kiedy oświadczył, że nic nie zostało zabezpieczone.
– Cholera, jak dorwę zajmującego się tą sprawą… – mruknęła bardziej do siebie niż do niego. Miała odebrać artefakt. Odebrać!!! A tymczasem okazywało się, że nie był zabezpieczony. I nikt nawet nie wiedział, gdzie jest? Doszło tu do karygodnego niedopatrzenia, co Brennie się nie podobało, bo mimo bardzo swobodnego stylu bycia, to do pracy podchodziła poważnie. – Gdzie reszta twojej ekipy? A jeżeli zabrali go stąd, to cóż, czeka mnie wizyta w dziale odpowiedzialnym za mugoli i później włamywanie się do laboratorium – westchnęła.
Zaraz jednak spojrzała podejrzliwie na ziemię, która przyciągnęła uwagę Kaydena.
I pociągnęła nosem.
- Czujesz popiół? – spytała, niepewna, czy to faktycznie zapach czarnej magii, czy jedynie woń papierosa, którego Delecour niedawno wypalił.
Machnęła ręką w stronę rozkopanej ziemi, jakby chcąc podkreślić, o jaki niezwykły przypadek chodzi. Właściwie nie miała pojęcia, na czym dokładnie polega praca Delacoura. Siedział w biurze i oglądał przyniesione mu przedmioty? Pojawiał się na takich wykopaliskach? Mozolnie wybijał wzory w amuletach, by uczynić je pieczęciami? Jej wyobrażenia mogły być dalekie od prawdy. A właściwie ją to ciekawiło: od dziecka była nieco nadmiernie ciekawska, i może po części stąd wzięła się jej gadatliwość. Bo zaczynało się od zadawania stu pytań na minutę rodzicom oraz potem bratu.
– W ramach szlabanów kazał czyścić kociołki. Paskudztwo – odparła, a potem uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej na jego pytanie, rozbawienie zdawało się też iskrzyć w ciemnych oczach. Tak, bawił ją tamten bukiet, nawet jeżeli wiele osób wzięłoby to za okrutny żart. Tyle że dla niej to był żart, owszem, ale właśnie doskonały, w dodatku świetnie dobrany do osoby. – Nie zapomnij o marchewkach. Czy próbowałeś wręczać sałatę innym, czy jednak postanowiłeś zostać przy tradycyjnych różach? – spytała.
Rozbawienie szybko jednak zgasło, a jej brwi zmarszczyły się, kiedy oświadczył, że nic nie zostało zabezpieczone.
– Cholera, jak dorwę zajmującego się tą sprawą… – mruknęła bardziej do siebie niż do niego. Miała odebrać artefakt. Odebrać!!! A tymczasem okazywało się, że nie był zabezpieczony. I nikt nawet nie wiedział, gdzie jest? Doszło tu do karygodnego niedopatrzenia, co Brennie się nie podobało, bo mimo bardzo swobodnego stylu bycia, to do pracy podchodziła poważnie. – Gdzie reszta twojej ekipy? A jeżeli zabrali go stąd, to cóż, czeka mnie wizyta w dziale odpowiedzialnym za mugoli i później włamywanie się do laboratorium – westchnęła.
Zaraz jednak spojrzała podejrzliwie na ziemię, która przyciągnęła uwagę Kaydena.
I pociągnęła nosem.
- Czujesz popiół? – spytała, niepewna, czy to faktycznie zapach czarnej magii, czy jedynie woń papierosa, którego Delecour niedawno wypalił.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.