Starała się nie przeszkadzać, stanęła gdzieś z tyłu pod ścianą, ale tak, aby wszystko widzieć. Cały czas miała oczy szeroko otwarte i momentami zapominała nimi mrugać. Wszystko wokół działo się tak szybko, ludzie biegali, Florence rozkazywała jak królowa, a Elaine czuła się nieprzydatna, ale może to dobrze? Nie była lekarzem, nie powinna być w tym miejscu przydatna. Została tutaj tylko po to, aby powiedzieć co się stało, co widziała i jak starała się mu pomóc, aby w razie czego można było złapać sprawców tej sytuacji. Trzymała swój koszyk w dłoni zaciskając ją tak, że knykcie wręcz jej bielały. W głowie powtarzała sobie, aby być spokojną, bo w końcu wszystko było na swoim miejscu. Laurent bezpieczny, przy lekarce, a ona cała i nie straciła nad sobą panowania.
Obserwowała mężczyznę, który wbiegł z eliksirami do pomieszczenia lekko zdyszany. Gdzieś w głowie miała myśl, aby zobaczyć skąd je zabrał, może mogłaby je ukraść dla rodziny. W cyrku często były wypadki i takie eliksiry dobrej jakości na pewno się przydadzą. Gdy Florence znowu się odezwała, Elaine pierwszy moment nie mogła pojąć jak pracownika Munga mógłby wiedzieć, co się stało, a potem dotarło do niej, że to pytanie było skierowane do kogoś innego. Do niej!
– Aea… a – zająknęła się – Nie, znaczy tak. Jak szłam ulicą to z tego miejsca, gdzie znalazłam Laurenta wybiegło trzech chłopaków, potrącili mnie i mówili coś, że muszą stąd wiać – odpowiedziała szybko, ale szczegóły zmywały się jej jedynie w plamy krwi, które otaczały wtedy chłopaka. – Gdy weszłam do tej uliczki to Laurent leżał przygnieciony przez belki i deski, jakby coś się na niego zawaliło, ale nie rozglądałam się za bardzo. Próbowałam mu pomóc – powiedziała tyle na ile pozwalał jej stres. – Nic mu nie będzie, prawda? – krzywiła się widząc te drzazgi w jego głowie.