Królowa, jakże trafne określenie wobec Florence. I gdyby Laurent je usłyszał to nawet by się uśmiechnął. Bardzo mocno wypychał na wyżyny postać, która teraz naprawdę zachowywała się, jakby to miejsce należało do niej. A to tylko kwestia odpowiedniego tonu i spora dawka zaufania, jaką ludzie wokół do niej mieli. Chodziło o to, że wiedziała, co robi i że nie zrobi jakiejś głupoty. Więc słuchały osoby niepewne co do tego, co mają ze sobą robić jak i te, które wiedziały, ale które być może same z siebie zachowywałyby się inaczej. Były też osoby takie jak Laurent, które zazwyczaj jak ktoś zaczynał do nich mówić tonem ostrzejszym to traciły rezon i wtedy już nie wiedziały tak na dobrą sprawę, co ze sobą zrobić i jak się zachować, chociaż jeszcze chwilę temu był na całkowicie dobrej drodze. Teraz był jednak w stanie słuchać wszystkiego. I nie zastanawiał się nad tym, co robi ani po co - po prostu to robił. Poruszył palcami, odpowiadając na uścisk Florence. Nie zasypiać. Rozumiał. Był w stanie to chyba zrobić. Poszukiwał we śnie ulgi, ukojenia. Chciał się temu poddać, ale skoro najpierw Elaine mu tłukła do łba, że zasypiać nie mógł, a teraz robiła to Florence, to w nici zrozumienia kwitła wizja o tym, że sen mógł przynieść ze sobą sporo niebezpieczeństwa. Jak to, że rzeczywiście ciężko było kogoś przebadać, żeby wykluczyć niektóre dolegliwości organizmu.
Przytrzymał zdrową ręką eliksir przy ustach i wypił grzecznie to, co mu podawało. Nie smakowało dobrze, ale nie miało. Ważne było to, że wystarczyła tylko chwila, żeby odetchnął głębiej, swobodniej, czując, że teraz już nie zasypianie stanie się prawdziwym wyzwaniem, a nie po prostu koniecznością utrzymania pionu zgodnie z życzeniem ciotki. Okropnie zaczynały mu ciążyć powieki, kiedy zaczynało się robić coraz bardziej błogo, bo ból puszczał i jego mięśnie też zaczynały się odprężać. Nie chciał, żeby Florence się tym interesowała. Żeby dopytywała. To był wypadek. Tak to powinno pozostać. Ale nie mogło. Zresztą, ha... Akurat Florence by mu uwierzyła, że chodził po jakimś starym budynku, dlatego tak skończył...
- To... ni-emm... teraz... nie... wy-wypadek... El-aine...- Próbował coś wydukać, coś mówił, ale słowa się nie kleiły, w zgrabne zdania. A chciał powiedzieć, żeby to zostawić teraz jako wypadek i że Elaine mu pomogła. Że mogą o tym porozmawiać później, ale wysławianie się już przestało mu zupełnie wychodzić. Automatycznie sięgnął dłonią za plecy, do głowy, po eliksirze czując bardziej, że coś mu przeszkadza, swędzi i drapie niż że naprawdę boli. Nie chciał celowo Florence przeszkadzać, był trochę jak dziecko we mgle, które się zapomina w tym, co robi i nie do końca posiada koordynację między ciałem a myślą.