17.08.2023, 19:40 ✶
Może dobrze, że Florence ich myśli nie słyszała – i tak miała o sobie dość wysokie mniemanie, na tyle, że zdaniem niektórych sięgało to już niezdrowej pychy. Królową zdecydowanie nikt jej do tej pory nie nazywał: za to niektórzy stażyści, jak choćby Fernah Slughon, przywykli do nazywania ją Generał Ład i Porządek.
Chcieli ją zapewne obrazić, ale Florence ze swoją nerwicą natręctw uznawała to za komplement.
Wybiegło trzech chłopaków.
Mówili, że muszą wiać.
Bulstrode zamarła na moment, bo te słowa w połączeniu z obrażeniami Laurenta układały się w pewną historię i budziły w niej gniew. Właśnie dlatego – między innymi – uzdrowiciel nie powinien zajmować się swoimi krewnymi. Ciężko było zachować obiektywność i wykonywać rutynowe czynności. Oczywiście, że nie uwierzyła, że to żaden wypadek. A jednak, kiedy Prewett sięgnął ku tyłowi głowy, ręka Florence natychmiast wystrzeliła do przodu, mimo wewnętrznego wzburzenia. Uścisk nie był mocny, bo i panna Bulstrode nie należała zdecydowanie do atletek, ale pewny.
– Postaraj się nie ruszać. – poprosiła, pośpiesznie zakładając rękawiczki, wyciągnięte z kieszeni paskudnej, uzdrowicielskiej szaty. Miała ochotę wypytywać Elaine dalej, ale były pilniejsze sprawy. W dodatku Laurent koniecznie chciał dodać coś od siebie, a próby mówienia wyraźnie mu nie służyły. Florence machnęła różdżką, rzucając kolejny czar, tym razem na głowę, po czym pochyliła się, by podać mu eliksir wiggenowy. – Porozmawiamy o tym później. Wypij do dna. Za moment będziesz w lepszym stanie – obiecała, po czym zabrała się do usuwania opatrunku z ręki i oczyszczania rany. Należało to zrobić, zanim mikstura wiggenowa zacznie działać. Jeżeli szło o nogę… tu już konieczne było nastawienie, ale postanowiła zostawić to na koniec.
– Dziękuję, że go tutaj przyprowadziłaś. Byłoby dobrze, gdybyś zostawiła w recepcji swoje nazwisko oraz adres, pod który może dotrzeć sowa – rzuciła do Elaine, nie spoglądając jednak na nią. Spojrzenie jasnych oczu miała utkwione w nieładnej ranie, którą ostrożnie polała miksturą. Mimo wcześniej podanego środka przeciwbólowego musiało to trochę zapiec, więc Florence starała się przytrzymać rękę Laurenta, by przypadkiem nim nie szarpnął. Chłopak nie miał najlepszej tolerancji na ból.
Rana na głowie zaczęła powoli się zaleczać. Miała jeszcze pobolewać przez jakiś czas i zagwarantować Laurentowi konieczność spędzenia pewnego czasu na odpoczynku, bez wykonywania gwałtownych ruchów, ale już nie krwawiła, a jej brzegi pod wpływem czaru i eliksiru się zrastały. Po chwili ten sam proces zaczął działać na ramię: krwotok ustąpił. Florence ściągnęła rękawiczki, ubabrane krwią i zaklęciem posłała je do pojemnika na odpady.
Chcieli ją zapewne obrazić, ale Florence ze swoją nerwicą natręctw uznawała to za komplement.
Wybiegło trzech chłopaków.
Mówili, że muszą wiać.
Bulstrode zamarła na moment, bo te słowa w połączeniu z obrażeniami Laurenta układały się w pewną historię i budziły w niej gniew. Właśnie dlatego – między innymi – uzdrowiciel nie powinien zajmować się swoimi krewnymi. Ciężko było zachować obiektywność i wykonywać rutynowe czynności. Oczywiście, że nie uwierzyła, że to żaden wypadek. A jednak, kiedy Prewett sięgnął ku tyłowi głowy, ręka Florence natychmiast wystrzeliła do przodu, mimo wewnętrznego wzburzenia. Uścisk nie był mocny, bo i panna Bulstrode nie należała zdecydowanie do atletek, ale pewny.
– Postaraj się nie ruszać. – poprosiła, pośpiesznie zakładając rękawiczki, wyciągnięte z kieszeni paskudnej, uzdrowicielskiej szaty. Miała ochotę wypytywać Elaine dalej, ale były pilniejsze sprawy. W dodatku Laurent koniecznie chciał dodać coś od siebie, a próby mówienia wyraźnie mu nie służyły. Florence machnęła różdżką, rzucając kolejny czar, tym razem na głowę, po czym pochyliła się, by podać mu eliksir wiggenowy. – Porozmawiamy o tym później. Wypij do dna. Za moment będziesz w lepszym stanie – obiecała, po czym zabrała się do usuwania opatrunku z ręki i oczyszczania rany. Należało to zrobić, zanim mikstura wiggenowa zacznie działać. Jeżeli szło o nogę… tu już konieczne było nastawienie, ale postanowiła zostawić to na koniec.
– Dziękuję, że go tutaj przyprowadziłaś. Byłoby dobrze, gdybyś zostawiła w recepcji swoje nazwisko oraz adres, pod który może dotrzeć sowa – rzuciła do Elaine, nie spoglądając jednak na nią. Spojrzenie jasnych oczu miała utkwione w nieładnej ranie, którą ostrożnie polała miksturą. Mimo wcześniej podanego środka przeciwbólowego musiało to trochę zapiec, więc Florence starała się przytrzymać rękę Laurenta, by przypadkiem nim nie szarpnął. Chłopak nie miał najlepszej tolerancji na ból.
Rana na głowie zaczęła powoli się zaleczać. Miała jeszcze pobolewać przez jakiś czas i zagwarantować Laurentowi konieczność spędzenia pewnego czasu na odpoczynku, bez wykonywania gwałtownych ruchów, ale już nie krwawiła, a jej brzegi pod wpływem czaru i eliksiru się zrastały. Po chwili ten sam proces zaczął działać na ramię: krwotok ustąpił. Florence ściągnęła rękawiczki, ubabrane krwią i zaklęciem posłała je do pojemnika na odpady.