Nie był pewien, co Lestrange robiła teraz ze swoim życiem, ale rzeczywiście jej trasa była zdumiewająca. Przede wszystkim tym, że kto by pomyślał, że tyle będzie szukała swojego ulubionego miejsca, w którym zostanie na dłużej? Nie zakończyła podróży między książkami, w zacisznym biurze, nie. Kontynuowała drogę tam, gdzie pojawiało się niebezpieczeństwo. Ale czy to jej czasem też nie pasowało? Zgadza się, nie znał jej. Tak niewiele wiedział o tej zjawiskowej piękności, która była istną ozdobą tego salonu. Czym żyła? Jaką ścieżkę wybrała? Czy podobało jej się to, co miała w drobnych dłoniach, czy może wadziło jej to? Łamało paznokcie, które piłowała starannie, żeby prezentować się jak miliony galeonów na spotkaniach takich jak to? Kiedyś była osobą, która naprawdę byłaby idealną sędziną. Albo przynajmniej kimś, kto właśnie robiłby to, co robiła w szkole - czyli rozstawiał ludzi, żeby znali swoje miejsce. Żeby wiedzieli, co robić, co można, a czego nie. Nie miał ją za nadmiernie towarzyską, ale spotkanie na przyjęciu wcale go nie dziwiło. Co za to wpasowało się w ten obraz Nocy Kairu, która zagościła nam w Londynie, to fakt, że stała przy tym stoliku, zamiast brylować w towarzystwie i czarować. Tak, dużo rzeczy się zmienia. Niektóre jednak nie. Jej stoicyzm chyba z nią pozostał. Z Laurentem pozostawało niezmiennie to, że miał tęczowe łuski skryte pod słodkim uśmiechem.
- Ach, akurat dzisiaj? Czyli mogę sobie dodać punkcik za trafienie w regułę, którą przetniemy wyjątkiem? - Lekki dowcip zabarwił jego wypowiedź, bo przecież to nie była żadna konkurencja ani żadna gra. Victoria wyglądała na taką osobę, której chyba normalnie nawet można nalać koniaku. Ale przecież przede wszystkim była też kobietą i nawet jeśli kiedyś stawał na baczność i robił wielkie oczy, kiedy pojawiała się Pani Prefekt, tak kojarzył ją też z tego: była spokojna. Stonowana. Wychodziła z tego przedziwna kreatura, która sprawiała, że alkohol dopasowywał się do charakteru. Albo raczej - osoby z konkretnym charakterem wybierały określony rodzaj trunków. Nieee do końca? Przynajmniej Laurent by tak tego nie ujął. Ludzie ze swoimi smakami potrafili zadziwiać. Zabawy w takie zgadywanki po określonych cechach to już była po prostu kwestia przeczuć i zgadywanka.
- Prosta elegancja, dobrana z takim smakiem, bardziej do mnie przemawia od barw królowej... ale też odważam się na te słowa tylko między nami. - Oczywiście - to zawsze była kwestia gustu. Nalał wino i złapał je od dołu tak, żeby Victoria bez problemu mogła oprzeć na przejrzystej, zgrabnej nóżce swoje palce, kiedy podawał je naczynie. I zanim sam złapał swoje, obracając się przodem do całego przyjęcia. Jakoś nie sądził, żeby przyszło im teraz obgadywać każdą kreację po kolei. Nie zaprzeczał, że Athena ubrała się fenomenalnie, chociaż za wielkiego znawcę mody się nie uważał. Moda miała jednak też to do siebie, że była sztuką. A sztuka... no cóż, każdy miał te ulubione obrazy i te, w których nie widział niczego poza paroma machnięciami pędzla. Pomijając rzeczozanwstwo, oczywiście, a zatrzymując rozważania na czystych upodobaniach.
- Przysiągłbym, że dzisiejsze szumy i ploteczki są wszystkim, żeby zdusić nerwy deklaracją pewnego czarnoksiężnika... - Powiedział w lekkim zamyśleniu i nawet zgubił przy tym swój zwyczajowy uśmiech. Nieczęsto z niego rezygnował. Ludzie byli "łatwiejsi" w obyciu, kiedy się do nich uśmiechało. Lata szkolne nauczyły Laurenta, że granice należy nauczyć wyznaczać. Swoje własne granice co do tego, na co sobie pozwalasz, a na co nie. Nauczyły go też tego, że jeśli słodko się uśmiechasz to możesz więcej dostać, albo inni będą cię traktowali łagodniej. Albo przynajmniej zaczną nie doceniać. - Cała przyjemność po mojej stronie. - Wzniósł lampkę w odpowiedzi i również upił łyka. - Mam nadzieję, że jest to toast, który naprawdę zaprowadzi nas do jaśniejszego czasu. Nie do czasu ciemności. - Bo nadzieję zawsze można mieć, a Laurent w swojej tęsknocie za utopiami, romantycznymi wizjami dobrego świata, miał tej nadziei całkiem sporo. Tylko z wiekiem jakoś umierała.