18.08.2023, 12:33 ✶
Brenna też lubiła sport. Niekoniecznie miotły – wolała poranne bieganie po Kniei, z którego teraz zrezygnowała ze względu na brak czasu i niebezpieczeństwo albo szermierkę. Niestety, w ostatnim czasie przejęła też te niezdrowe nawyki, ratując się kawą w momentach, gdy nawet jej mogłoby wydawać się niespożyta energia zaczynała spadać.
- Akurat mnie ciągłe siedzenie za biurkiem nie grozi. Wywalają mnie z Biura regularnie, pewnie wiesz, żeby inni mogli ode mnie odpocząć i nie zaczęli składać rezygnacji – parsknęła Brenna. Owszem, nie miała problemów z biurokracją. O porządek w papierach dbała niemalże obsesyjnie. Ale ciągłe tkwienie za biurkiem doprowadzało ją do szaleństwa, i na całe szczęście po pierwsze wszyscy o tym wokół wiedzieli, po drugie – była animagiem i widmowidzem, więc zamknięcie jej w biurze stanowiłoby marnotrawienie zasobów. Ot, zawdzięczała częste terenowe akcje uporowi, z jakim dążyła do zmiany formy, aby móc pozostawać podczas pełni blisko brata.
Nie protestowała, kiedy Heather wybrała Florę. Po prawdzie sama nawet wolała grzebać w działach dotyczących teorii magii oraz limbo.
To drugie do niedawna zupełnie jej nie interesowało. Zmieniło się to po Beltane.
Ale po Beltane… Brenna czasem miała wrażenie, że zmieniło się po nim wszystko. Chociaż mogło to być złudne wrażenie, bo przecież życie dalej toczyło się na przód i dla wielu ludzi powoli wracało na swoje tory. I tylko kilka osób cierpiało z powodu straty bliskich, kilka budziło się z koszmarów po pobycie w lesie, a oni próbowali dowiedzieć się więcej o tym, co spowodowało cały ten bałagan. I go posprzątać. Chociaż miało to być ciężkie, zważywszy na to, że póki żył Voldemort, ten zawsze narobi kolejnych kłopotów.
Przerzucała kolejne książki. Ściągała je z półek, zaglądała do środka, sprawdzała spis treści. Niektóre chowała z powrotem na regałach, inne zabierała ze sobą. Zerkała na sugestie z listy. Zaczepiła nawet bibliotekarkę, wciąż zaspaną. I równo trzydzieści minut po tym, jak rozstały się z Heather, wróciła do stolików i na blat zwaliła dobre dziesięć woluminów.
– Nie martw się, nie wrobię cię w czytanie tego wszystkiego – zapewniła, zerkając na Wood, by ta przypadkiem nie uciekła gdzie pieprz rośnie. – Pomożesz mi to teraz tylko przejrzeć, pokombinować, a resztą… będę w wolnym czasie zajmowała się już sama – powiedziała, dłoń podpierając na szczycie książkowej piramidki.
- Akurat mnie ciągłe siedzenie za biurkiem nie grozi. Wywalają mnie z Biura regularnie, pewnie wiesz, żeby inni mogli ode mnie odpocząć i nie zaczęli składać rezygnacji – parsknęła Brenna. Owszem, nie miała problemów z biurokracją. O porządek w papierach dbała niemalże obsesyjnie. Ale ciągłe tkwienie za biurkiem doprowadzało ją do szaleństwa, i na całe szczęście po pierwsze wszyscy o tym wokół wiedzieli, po drugie – była animagiem i widmowidzem, więc zamknięcie jej w biurze stanowiłoby marnotrawienie zasobów. Ot, zawdzięczała częste terenowe akcje uporowi, z jakim dążyła do zmiany formy, aby móc pozostawać podczas pełni blisko brata.
Nie protestowała, kiedy Heather wybrała Florę. Po prawdzie sama nawet wolała grzebać w działach dotyczących teorii magii oraz limbo.
To drugie do niedawna zupełnie jej nie interesowało. Zmieniło się to po Beltane.
Ale po Beltane… Brenna czasem miała wrażenie, że zmieniło się po nim wszystko. Chociaż mogło to być złudne wrażenie, bo przecież życie dalej toczyło się na przód i dla wielu ludzi powoli wracało na swoje tory. I tylko kilka osób cierpiało z powodu straty bliskich, kilka budziło się z koszmarów po pobycie w lesie, a oni próbowali dowiedzieć się więcej o tym, co spowodowało cały ten bałagan. I go posprzątać. Chociaż miało to być ciężkie, zważywszy na to, że póki żył Voldemort, ten zawsze narobi kolejnych kłopotów.
Przerzucała kolejne książki. Ściągała je z półek, zaglądała do środka, sprawdzała spis treści. Niektóre chowała z powrotem na regałach, inne zabierała ze sobą. Zerkała na sugestie z listy. Zaczepiła nawet bibliotekarkę, wciąż zaspaną. I równo trzydzieści minut po tym, jak rozstały się z Heather, wróciła do stolików i na blat zwaliła dobre dziesięć woluminów.
– Nie martw się, nie wrobię cię w czytanie tego wszystkiego – zapewniła, zerkając na Wood, by ta przypadkiem nie uciekła gdzie pieprz rośnie. – Pomożesz mi to teraz tylko przejrzeć, pokombinować, a resztą… będę w wolnym czasie zajmowała się już sama – powiedziała, dłoń podpierając na szczycie książkowej piramidki.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.