Nie myliła się w swojej ocenie. To był ktoś postawiony na tyle wysoko, żeby nie tylko wydawać polecenia tonem, który zdawał się nie znosić sprzeciwu — przecież tą sztukę Deborah sama opanowała do perfekcji — ale przede wszystkim: żeby znać plan działania. Przemawiający mężczyzna wiedział po co tutaj przyszli, a sam ten fakt stawiał go ponad wszystkimi zebranymi dookoła, zamaskowanymi postaciami.
Dotychczas nie miała pojęcia nie tylko o celu w sensie fizycznego miejsca na mapie, ale też nie rozumiała sensu zebrania ich na głównej magicznej arterii Londynu. A teraz wszystko zaczęło układać się w logiczną i spójną całość. Oczywiście, Woodowie byli żałosną namiastką czarodziei o brudnej, zmieszanej ze szlamem od pokoleń krwi, a w ostatnich dniach przyszło im wszystkim — obdarzonych zaszczytem magii — wybierać stronę. Oni najwyraźniej wybrali źle.
Słuchała uważnie dalej, wpatrzona w postać. Zabiją zdrajców krwi, a następnie staną oko w oko ze sprawiedliwością przebraną w śmieszne ubranka Brygadzistów. Sprawiedliwością, w której istnienie ktoś taki jak Deborah, ktoś pracujący w jej wymiarze w samym Ministerstwie Magii, przestał wierzyć już lata temu.
Wszystko wreszcie nabrało rzeczywistych kształtów i choć ta wizja powinna przerażać normalnego, zdrowego człowieka — ją ona ekscytowała. Ruszyła na polecenie, nie wychylając się przed szereg, ale bynajmniej się nie ociągając w marszu. Palce kurczowo zaciśnięte na różdżce dawały poczucie rzeczywistości w tej surrealistycznej sytuacji.
Jeszcze zanim się zatrzymali przed sklepem miotlarskim, Deborah dostrzegła dziewczynę — właściwie może nawet jeszcze dziecko, z tej odległości ciężko jej było ocenić, ale wzrost sugerował swoje — wchodzącą do środka. Ona też będzie konieczną ofiarą, być może właśnie tą, która da ich sprawie odpowiedni rozgłos w świecie magii, która skoncentruje oczy całego magicznego Londynu na akcie, jakiego udziałem i prowodyrem mieli stać się za moment. Właśnie z tą myślą Deborah wykonała polecenie i uniosła swoją różdżkę; wciąż jednak nie rzuciła żadnego zaklęcia, czekając w napięciu na rozkaz. A kiedy wreszcie padł, wybrzmiał echem w jej głowie, zwielokrotniony i dobitny.
Teraz!
Najwyższa z zakapturzonych postaci rzuciła pierwsze zaklęcie i w tej samej sekundzie Deborah szepnęła:
— Protego.
Wyczarowana tarcza była minimalnie opóźniona, ale na tyle stabilna, żeby fala uderzeniowa wybuchającej witryny nie zrobiła jej poważniejszej krzywdy. Szkło ominęło ją łukiem po obu stronach i wylądowało gdzieś za plecami. Huk wypełnił uszy i piskiem wdarł się do wnętrza czaszki. Ale nawet to nie mogło wyprzeć z pamięci słów dowodzącego nimi mężczyzny; dlatego kobieta zakończyła zaklęcie ochronne i z różdżką w pogotowiu weszła do środka. Miała nadzieję, że reszta zrobi to zaraz po niej; ale teraz logiczne myślenie utrudniała adrenalina. Wiedziała tylko, że jako atakujący mieli przewagę zaskoczenia, być może ogłuszenia klientów oraz właścicieli — i Deborah nie zamierzała z tej przewagi rezygnować. Wnętrze sklepu było częściowo zrujnowane, głównie na przedzie, gdzie zaklęcie zrobiło najwięcej szkód.
“Jeśli ktoś przeżyje eksplozję, zabijecie go.” Słowa przywódcy były w niej żywe, kiedy w mocno ograniczającym pole widzenia, wiszącym w powietrzu pyle powstałym z rozwalonej ściany budynku dostrzegła jakiś ruch. Wiedziała, że nie da rady z a b i ć , nie w ten sposób. Mimo to podniosła różdżkę i wycelowała.
— Diffindo — pewność w głosie wzmocniła zaklęcie, które dosięgnęło czarodzieja stojącego na własnych nogach, co godne podziwu. Krew z otwartej rany torsu, brzucha i przedramion, którymi mężczyzna osłonił się odruchowo, zachlapała posadzkę u jego stóp. — Expulso! — uniosła głos i odepchnęła od siebie nieuzbrojonego, rannego czarodzieja. Wykonywała polecenia. Tylko tyle. Aż tyle.
Nigdzie nie widziała dziewczyny, która przekroczyła próg sklepu tuż przed eksplozją.
She was fragile like a bomb.