18.08.2023, 23:59 ✶
Patrick w ogóle nie był w nastroju na pójście na wesele. Od pewnego czasu nienawidził wesel. Ilekroć widział pary młode, czuł na zmianę to rozżalenie i gniew, to ból i poczucie straty. Tak, wciąż życzył jak najlepiej dwójce ludzi, którzy mieli to szczęście, że mogli się pobrać, ale jednocześnie… jednocześnie poczucie straty było jednak w nim jeszcze zbyt świeże.
Wszyscy, którzy powtarzali mu, że związek z Clare i tak nie miałby przyszłości mieli rację. Rzeczywiście nie miał przyszłości, bo ona wyszła za mąż za innego mężczyznę. Nieważne czy zrobiła to dlatego, że tego chciała czy dlatego, że nie potrafiła się przeciwstawić woli rodziny. Nie kochała go dość by go wybrać a on nie miał w sobie tyle siły, by zmusić ją do wspólnej ucieczki.
Ale z tym, że Clare wyszła za mąż mógłby się jeszcze pogodzić i po czasie, po wielu miesiącach, może latach, potrafiłby nawet porozmawiać z nią bez gniewu i żalu. Tylko jak pogodzić się z samobójstwem? Jak pogodzić się ze świadomością, że już nie będzie się miało szans na godzenie się? Że zniknęła i już było za późno? I może zniknęła, bo kazał jej dorosnąć?
Wcale nie chciał się wprosić na wesele. Wypił właśnie dwie niewielkie szklaneczki szkockiej i planował powrót do domu, gdy trafił na grupkę czarodziejów. Mężczyźni byli już dobrze podchmieleni, śmiali się i dyskutowali o jednej z druhen (Franceska miała czarne oczy jak węgle i nieznośnie czerwone usta). I jakoś tak uznali, że wyłaniający się z pubu Steward, jest jednym z gości weselnych. On miał na sobie czarne spodnie, czarną koszulę, czarne buty (nieodzowny znak żałoby, którą nosił mimo tego, że formalnie to Martin miał większe prawo rozpaczać niż on) i może to jego wygląd, a może bliskość restauracji z rzeczywistym weselem sprawiła, że został wzięty za jednego z gości weselnych.
- Widać, że jesteś od Roberta! – zawołał jeden z mężczyzn. Był niski, okrąglutki i mówił z bardzo ciężkim akcentem, silnie machając przy tym rękami. – Od razu mówiłem Catalinie, że normalni mężczyźni będą biegać do pubu na coś mocniejszego.
Tamtego dnia Patrick wcale nie czuł się normalnym mężczyzną. Nie miał zielonego pojęcia kim był Robert, kim Catalina i kim byli czarodzieje, którzy go zaczepili.
- Ja muszę już iść – próbował się jeszcze słabo wykręcić, ale jego słowa tylko bardziej nakręciły grupkę mężczyzn.
Jeden przez drugiego zaczęli wykrzykiwać do niego słowa w rodzaju: Ale jak to tak bez pożegnania?! A Catalina? A Robert? A Franceska o oczach czarnych jak węgle i nieznośnie czerwonych ustach? Tak nie wolno!
I tak Patrick trafił dokładnie na to samo wesele, na które trafiła Brenna. Najpierw trochę błąkał się bezsensu po sali. Tu mu wciśnięto tort do ręki, tam dostał szampana. Na tort nie miał ochoty, ale skoro Catalina wybierała go trzy miesiące to zjadł, bo jak tu sprawić przykrość Catalinie i to w dniu jej ślubu? Szampana wypił jednym haustem, bo to był właśnie ten okres w jego życiu, gdy pił trochę więcej. A potem jakoś poszło. Poznał wreszcie Franceskę, zobaczył Roberta i Catalinę, ktoś mu wcisnął lampkę wina („najlepsze są włoskie wina, synu!”), potem drugą lampkę wina („sycylijska słodycz, rzymska goryczka, jak włoskie kobiety, synu!”), za trzecią już podziękował, bo zaczynało mu od mieszaniny alkoholi szumieć w głowie. Jakaś włoska matrona zaczęła wypytywać go o miejsce pracy i rodzinę a potem zachwalać swoją córkę (niestety, nie Franceskę a Domenicę o różowych policzkach i jasnych włosach jak włosy Clare) – to był ten moment, gdy Steward uznał, że musi się odsunąć. Wymówił się tym, że dostrzegł znajomą twarz w tłumie i oddalił się pośpiesznie.
Zaraz zresztą spotkał Brennę.
- Co, ja? Myślałem, że ty mi to powiesz – rzucił mało elokwentnie, a potem rozejrzał się na boki i z miną przyłapanego na kradzieży cukierka dzieciaka, odpowiedział brygadzistce. – Nie mam zielonego pojęcia. Trafiłem tutaj przypadkiem i szukam sposobu, żeby wyjść. Problem w tym, że Włosi są strasznie towarzyscy i ilekroć zbliżam się do drzwi, któryś z nich mnie zgarnia. Albo poi winem, albo próbuje mi wcisnąć swoją córkę – poskarżył się szeptem.
Wszyscy, którzy powtarzali mu, że związek z Clare i tak nie miałby przyszłości mieli rację. Rzeczywiście nie miał przyszłości, bo ona wyszła za mąż za innego mężczyznę. Nieważne czy zrobiła to dlatego, że tego chciała czy dlatego, że nie potrafiła się przeciwstawić woli rodziny. Nie kochała go dość by go wybrać a on nie miał w sobie tyle siły, by zmusić ją do wspólnej ucieczki.
Ale z tym, że Clare wyszła za mąż mógłby się jeszcze pogodzić i po czasie, po wielu miesiącach, może latach, potrafiłby nawet porozmawiać z nią bez gniewu i żalu. Tylko jak pogodzić się z samobójstwem? Jak pogodzić się ze świadomością, że już nie będzie się miało szans na godzenie się? Że zniknęła i już było za późno? I może zniknęła, bo kazał jej dorosnąć?
Wcale nie chciał się wprosić na wesele. Wypił właśnie dwie niewielkie szklaneczki szkockiej i planował powrót do domu, gdy trafił na grupkę czarodziejów. Mężczyźni byli już dobrze podchmieleni, śmiali się i dyskutowali o jednej z druhen (Franceska miała czarne oczy jak węgle i nieznośnie czerwone usta). I jakoś tak uznali, że wyłaniający się z pubu Steward, jest jednym z gości weselnych. On miał na sobie czarne spodnie, czarną koszulę, czarne buty (nieodzowny znak żałoby, którą nosił mimo tego, że formalnie to Martin miał większe prawo rozpaczać niż on) i może to jego wygląd, a może bliskość restauracji z rzeczywistym weselem sprawiła, że został wzięty za jednego z gości weselnych.
- Widać, że jesteś od Roberta! – zawołał jeden z mężczyzn. Był niski, okrąglutki i mówił z bardzo ciężkim akcentem, silnie machając przy tym rękami. – Od razu mówiłem Catalinie, że normalni mężczyźni będą biegać do pubu na coś mocniejszego.
Tamtego dnia Patrick wcale nie czuł się normalnym mężczyzną. Nie miał zielonego pojęcia kim był Robert, kim Catalina i kim byli czarodzieje, którzy go zaczepili.
- Ja muszę już iść – próbował się jeszcze słabo wykręcić, ale jego słowa tylko bardziej nakręciły grupkę mężczyzn.
Jeden przez drugiego zaczęli wykrzykiwać do niego słowa w rodzaju: Ale jak to tak bez pożegnania?! A Catalina? A Robert? A Franceska o oczach czarnych jak węgle i nieznośnie czerwonych ustach? Tak nie wolno!
I tak Patrick trafił dokładnie na to samo wesele, na które trafiła Brenna. Najpierw trochę błąkał się bezsensu po sali. Tu mu wciśnięto tort do ręki, tam dostał szampana. Na tort nie miał ochoty, ale skoro Catalina wybierała go trzy miesiące to zjadł, bo jak tu sprawić przykrość Catalinie i to w dniu jej ślubu? Szampana wypił jednym haustem, bo to był właśnie ten okres w jego życiu, gdy pił trochę więcej. A potem jakoś poszło. Poznał wreszcie Franceskę, zobaczył Roberta i Catalinę, ktoś mu wcisnął lampkę wina („najlepsze są włoskie wina, synu!”), potem drugą lampkę wina („sycylijska słodycz, rzymska goryczka, jak włoskie kobiety, synu!”), za trzecią już podziękował, bo zaczynało mu od mieszaniny alkoholi szumieć w głowie. Jakaś włoska matrona zaczęła wypytywać go o miejsce pracy i rodzinę a potem zachwalać swoją córkę (niestety, nie Franceskę a Domenicę o różowych policzkach i jasnych włosach jak włosy Clare) – to był ten moment, gdy Steward uznał, że musi się odsunąć. Wymówił się tym, że dostrzegł znajomą twarz w tłumie i oddalił się pośpiesznie.
Zaraz zresztą spotkał Brennę.
- Co, ja? Myślałem, że ty mi to powiesz – rzucił mało elokwentnie, a potem rozejrzał się na boki i z miną przyłapanego na kradzieży cukierka dzieciaka, odpowiedział brygadzistce. – Nie mam zielonego pojęcia. Trafiłem tutaj przypadkiem i szukam sposobu, żeby wyjść. Problem w tym, że Włosi są strasznie towarzyscy i ilekroć zbliżam się do drzwi, któryś z nich mnie zgarnia. Albo poi winem, albo próbuje mi wcisnąć swoją córkę – poskarżył się szeptem.