19.08.2023, 00:20 ✶
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym przygryzła wargi i przymknęła oczy, jakby chciała ukryć znaki rozbawienia. Na daremno; kąciki ust były uniesione w górę przez cenną chwilę, tuż po tym, gdy Alek wspomniał o przedszkolance.
Trafił w punkt.
Nie była jednak pewna, czy powinna była doszukiwać się w tym drugiego dna, namiastki przeznaczenia - czy to los maczał palce w doborze partnerek Moody’ego, czy po prostu jego ciotka doskonale wiedziała, że potrzebuje u swojego boku kogoś, kto złapie go za kołnierz na czas, aby nie rzucił się bezmyślnie w ogień?
Błądziła palcami, przeczesując metodycznie jego włosy; zastanawiała się przy tym, czym właściwie dobrze wybrała. Czuła się, jakby przyganiał kocioł garnikowi - męczyła się, próbując go powstrzymać od szlajania się po kniei w poszukiwaniu… cholera wie czego. Martwych? Guza? Odwrócenia uwagi od pędzących nieustannie myśli? Kiedy prawdę powiedziawszy niegłupim pomysłem byłoby, gdyby dała mu tam pójść, a na dodatek do niego dołączyła. Przecież po Williamie słuch zaginął również, prawda? Nie dawał znaków życia, skrzat nie przyprowadził go z polany. Przepadł jak kamień w wodę i jako przykładna żona powinna go szukać, albo chociaż siedzieć w domu i zachodzić w głowę, co mu się mogło stać. Modlić się, żeby żył.
Tymczasem przypomniała sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy zobaczyła Alastora. Nawet nie próbowała się doszukać w tym wszystkim sensu - już dawno przestała rozumieć, co nią kierowało. Puściła kierownicę i pozwoliła ją przejąć czemukolwiek, co obecnie nad nią czuwało.
Lub bawiło się nią; różnica bywała subtelna i ciężka do wyczucia.
- Poczekam - odparła w zgodzie z prawdą, bo przecież póki tu siedział, nie ruszyłaby się stąd. No, chyba że by ją wygonił. - Nigdzie nie ucieknie. - Uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy żartem, ale poczuła, że to chyba nie czas i miejsce. Westchnęła, nie mając zamiaru przepraszać, ale wciąż czując się na tyle niezręcznie, by na moment uciec wzrokiem.
Spojrzała na niego ponownie dopiero wtedy, gdy poczuła na sobie jego wzrok; błagalne spojrzenie, które poruszyłoby każde serce, nawet tak skamieniałe jak to Eden.
Natomiast towarzyszący mu pocałunek dosłownie nim zatrząsł.
Coś ją ukłuło, gdy został przerwany przez podziękowania - nie była pewna, czy to zawód związany z jego końcem, czy przebłyski wyrzutów sumienia. Cokolwiek to było, zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, pozostawiając Eden z ciepłem Moody’ego na swoich ustach.
- Przyjemność po mojej stronie - odparła wreszcie, pozwalając sobie na kilka dodatkowych sekund zwłoki, co nie było do niej podobne. Zwykle nie myślała długo na odpowiedzią, a teraz zdawało się, że potrzebowała dodatkowego oddechu, zanim powie swoje i wyśle go w drogę. Uśmiechnęła się, patrząc, jak opuszcza pokój.
Gdy została sam na sam z Idą, spojrzała na nią badawczo, jakby zgodnie z obietnicą chciała się upewnić, że dziewczyna nigdzie nie zwieje. Dopiero po tym ruszyła w kierunku fotela, na którym jeszcze nie tak dawno siedział Moody, na który opadła z ciężkością, próbując wręcz zatopić się w oparciu. Założyła ręce na piersi i po chwili zaczęła wyglądać na wielce obrażoną, próbując odnaleźć konsensus pomiędzy własnym sercem a rozumem.
Zauważyła, że Bott wparował do środka, ale nie zaszczyciła go powitaniem, a jedynie krótkim spojrzeniem - kiedy zdecydowała, że nie stanowił zagrożenia dla absolutnie nikogo w tym pomieszczeniu, wróciła do własnych myśli. Patrzyła tępo w przestrzeń, nie skupiając się na tym, co robi mężczyzna. Nie była jednak kompletnie nieobecna; gdy w końcu Bertie zadał pytanie, doskonale słyszała każde jego słowo.
- Że postradałam zmysły - odpowiedziała bez większego zastanowienia i dopiero po wypowiedzeniu myśli na głos, powiodła spojrzeniem w kierunku rozmówcy. Zobaczyła wazon z kwiatami, przy których skrzętnie majstrował, niechybnie chcąc je ułożyć w jak najprzyjemniejszy dla oka sposób. - Ach - odezwała się ponownie, unosząc brwi. - Chodzi ci o kwiaty. - Dotarło to do niej dopiero teraz, że pytał o opinię, a nie o to, co siedzi w jej głowie. Mrugnęła kilka razy, próbując skupić się na bukiecie oraz pozbyć się wrażenia, że nic dzisiaj nie robi, tylko się pogrąża.
- Mam być szczera, czy miła? - Zapytała, spoglądając raz na Bertiego, a raz na kwiaty.
Trafił w punkt.
Nie była jednak pewna, czy powinna była doszukiwać się w tym drugiego dna, namiastki przeznaczenia - czy to los maczał palce w doborze partnerek Moody’ego, czy po prostu jego ciotka doskonale wiedziała, że potrzebuje u swojego boku kogoś, kto złapie go za kołnierz na czas, aby nie rzucił się bezmyślnie w ogień?
Błądziła palcami, przeczesując metodycznie jego włosy; zastanawiała się przy tym, czym właściwie dobrze wybrała. Czuła się, jakby przyganiał kocioł garnikowi - męczyła się, próbując go powstrzymać od szlajania się po kniei w poszukiwaniu… cholera wie czego. Martwych? Guza? Odwrócenia uwagi od pędzących nieustannie myśli? Kiedy prawdę powiedziawszy niegłupim pomysłem byłoby, gdyby dała mu tam pójść, a na dodatek do niego dołączyła. Przecież po Williamie słuch zaginął również, prawda? Nie dawał znaków życia, skrzat nie przyprowadził go z polany. Przepadł jak kamień w wodę i jako przykładna żona powinna go szukać, albo chociaż siedzieć w domu i zachodzić w głowę, co mu się mogło stać. Modlić się, żeby żył.
Tymczasem przypomniała sobie o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy zobaczyła Alastora. Nawet nie próbowała się doszukać w tym wszystkim sensu - już dawno przestała rozumieć, co nią kierowało. Puściła kierownicę i pozwoliła ją przejąć czemukolwiek, co obecnie nad nią czuwało.
Lub bawiło się nią; różnica bywała subtelna i ciężka do wyczucia.
- Poczekam - odparła w zgodzie z prawdą, bo przecież póki tu siedział, nie ruszyłaby się stąd. No, chyba że by ją wygonił. - Nigdzie nie ucieknie. - Uśmiechnęła się, chcąc dodać mu otuchy żartem, ale poczuła, że to chyba nie czas i miejsce. Westchnęła, nie mając zamiaru przepraszać, ale wciąż czując się na tyle niezręcznie, by na moment uciec wzrokiem.
Spojrzała na niego ponownie dopiero wtedy, gdy poczuła na sobie jego wzrok; błagalne spojrzenie, które poruszyłoby każde serce, nawet tak skamieniałe jak to Eden.
Natomiast towarzyszący mu pocałunek dosłownie nim zatrząsł.
Coś ją ukłuło, gdy został przerwany przez podziękowania - nie była pewna, czy to zawód związany z jego końcem, czy przebłyski wyrzutów sumienia. Cokolwiek to było, zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, pozostawiając Eden z ciepłem Moody’ego na swoich ustach.
- Przyjemność po mojej stronie - odparła wreszcie, pozwalając sobie na kilka dodatkowych sekund zwłoki, co nie było do niej podobne. Zwykle nie myślała długo na odpowiedzią, a teraz zdawało się, że potrzebowała dodatkowego oddechu, zanim powie swoje i wyśle go w drogę. Uśmiechnęła się, patrząc, jak opuszcza pokój.
Gdy została sam na sam z Idą, spojrzała na nią badawczo, jakby zgodnie z obietnicą chciała się upewnić, że dziewczyna nigdzie nie zwieje. Dopiero po tym ruszyła w kierunku fotela, na którym jeszcze nie tak dawno siedział Moody, na który opadła z ciężkością, próbując wręcz zatopić się w oparciu. Założyła ręce na piersi i po chwili zaczęła wyglądać na wielce obrażoną, próbując odnaleźć konsensus pomiędzy własnym sercem a rozumem.
Zauważyła, że Bott wparował do środka, ale nie zaszczyciła go powitaniem, a jedynie krótkim spojrzeniem - kiedy zdecydowała, że nie stanowił zagrożenia dla absolutnie nikogo w tym pomieszczeniu, wróciła do własnych myśli. Patrzyła tępo w przestrzeń, nie skupiając się na tym, co robi mężczyzna. Nie była jednak kompletnie nieobecna; gdy w końcu Bertie zadał pytanie, doskonale słyszała każde jego słowo.
- Że postradałam zmysły - odpowiedziała bez większego zastanowienia i dopiero po wypowiedzeniu myśli na głos, powiodła spojrzeniem w kierunku rozmówcy. Zobaczyła wazon z kwiatami, przy których skrzętnie majstrował, niechybnie chcąc je ułożyć w jak najprzyjemniejszy dla oka sposób. - Ach - odezwała się ponownie, unosząc brwi. - Chodzi ci o kwiaty. - Dotarło to do niej dopiero teraz, że pytał o opinię, a nie o to, co siedzi w jej głowie. Mrugnęła kilka razy, próbując skupić się na bukiecie oraz pozbyć się wrażenia, że nic dzisiaj nie robi, tylko się pogrąża.
- Mam być szczera, czy miła? - Zapytała, spoglądając raz na Bertiego, a raz na kwiaty.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~