Gdy chłopak zaczął mówić o wypadku Elaine zmarszczyła brwi w zastanowieniu, a może nawet delikatnym gniewie. Jaki wypadek? Nie było wypadku. To ewidentnie nie był wypadek, dlaczego wtedy z tamtego miejsca wybiegłoby tych trzech nicponi? Nie rozumiała o co chodziło chłopakowi, ale nie odpuści tej sprawy. Elaine była często uparta jak baran, ale nigdy tego nie zauważała. Może majaczył? Może to uderzenie w głowę sprawiło, że coś mu się poprzewracało? Nie wiedziała, ale miała nadzieję, że doprowadzą go do stanu poczytalności. Czuła, że powinna już iść i nawet chciała się pożegnać i zniknąć, ale wtedy Florence dała jej zadanie – zostawić nazwisko i adres do sowy. Tylko po co ma wysyłać jej sowę, nie potrafiła czytać, więc raczej nie widziała w tym sensu. Nikt jej nigdy nie wysłał listu, nigdy z nikim nie prowadziła korespondencji.
– Po co? – zapytała głupio zapominając, że rozmawia z Królową, Rycerką tego wielkiego zamczyska. Nie powinna z nią dyskutować, powinna zostawić ten adres i rozpłynąć się jak lis w zaroślach.