Uścisk Florence posłał dreszcz po całym jego ciele. Łącznik ze światem, którym stał się ten dotyk na kilka chwil był najbardziej realną rzeczą ze wszystkich się tu dziejących. Nawet obraz przez moment przestał tak pływać, albo tylko mu się wydawało. Światło przestało być tak mdląco mocne, od którego chciało się uciekać, ale powiek nie można było zamykać. Miał nie zasypiać. Chciał być przytomny, chciał zabrać się do rozmowy, ba! Chciał zapewnić Florence, że z nim jest wszystko w porządku, że to tylko trochę boli, ale zaraz na pewno przestanie. Bo przecież przy niej zawsze przestawało. Wiedziała, co robi. Znała się na tym, co robi. Nie musiała się tak przejmować. A Elaine? Wykonała kawał bardzo dobrej roboty. Uratowała czyjeś życie - zamiast się denerwować powinna zaufać profesjonalistce i dać sobie odpocząć. Już wypełniła bohaterski obowiązek. Teraz był czas, żeby zadbał o dalsze kroki ktoś inny. Ktoś, kto był w stanie. I uśmiechałby się jak, zawsze, żeby zapewnić, że wszystko jest okej. Ale nie mógł. Nie mógł się podnieść - a może mógł, tylko nie miał odwagi? Za mocno mu się kręciło w głowie, żeby próbować. Przymykał oczy co chwilę i zamiast się uśmiechać to spoglądał przymroczonymi oczami na osoby, na otoczenie, niekoniecznie je widząc. Jego twarz przecięta była bólem, choć teraz już odpływającym. Poczuł się już dużo lepiej. Pozostawała głównie ta oszałamiająca niepewność co do tego, którą zdusił ten jeden dotyk.
Złapał eliksir drugą ręką, skupiając się na niej. Było lżej. O wiele lżej. Wszystko się tak przyjemnie uspakajało, nawet zaczął normalnie oddychać. A kiedy znikał ból, znikał też strach. Wypił eliksir do dna. Jak było mówione - pewnie zrobiłby teraz wszystko, niezależnie od tego, kto by go poprosił. Po prostu gdyby to nie była Florence pewnie do problemów doszłaby jego panika. Bo tak - bardzo źle reagował na ból. Na ból, na krew, na przemoc. Laurent potrafił się rozpłakać, kiedy widział jaskółkę ze złamanym skrzydłem, co dopiero mówić o czymś takim? Gdyby Florence go nie przytrzymała to rzeczywiście cofnąłby rękę. Niespecjalnie. Odruchowo. Syknął z nieprzyjemnego uczucia i cały się napiął, bo jak to? Nie działało jak miało działać? Spojrzał na to... i zaraz wzrok odwrócił czując, że zbiera mu się na wymioty. Na szczęście do niczego takiego nie doszło. Pilnował, żeby trzymał odwróconą głowę od okropnego widoku, dopóki nie poczuł, że Florence go puściła.
Zawroty głowy powoli mijały. Obraz się powoli wyostrzał. Wszystko, krok po kroku, wracało na swoje miejsce.
Laurent nie miał najmniejszego pojęcia, gdzie dokładnie jest, gdzie leży, ale leżał. I odetchnął z ulgą, nie poruszając się nawet o milimetr, kiedy ta ulga powoli przychodziła. Nie czując tego smrodu krwi, nie widząc tej nieprawidłowości własnego wyglądu, przestając odczuwać ból i jakąkolwiek niepewność.
- Dziękuję... - Szepnął zmęczonym głosem. Tak, Florence też dziękował. Jednak głównie te słowa skierował do Eliane, której niepewne i wystraszone "co?" usłyszał w tle.