19.08.2023, 18:49 ✶
W oczach Brenny Anthony był po prostu owszem, miłym chłopakiem (przynajmniej pozornie, bo z Borginami nigdy nie wiadomo), ale przy tym też kobieciarzem, który odruchowo flirtował z każdą kobietą w zasięgu wzroku, przynajmniej póki była czystej krwi i przy niej zapominał wyłączyć ten tryb. Przed tymi nieczystej krwi z kolei uciekał do schowków, przynajmniej kiedyś. Także nie: o tym, ile punktów za to dostawała w rankingu Stanleya nie miała pojęcia.
– Nie, dziękuję – odparła odruchowo, kiedy wyciągnął ku niej paczkę papierosów, choć nie protestowała przeciwko paleniu. W biurze zawsze unosiły się zapach kawy oraz papierosów. – Nie wiem – przyznała, dość bezradnie rozkładając ręce. – Nie prowadzę tej sprawy. Dopiero zgłoszono ją oficjalnie, brak decyzji z góry. Nie wiem, kto ją dostanie i czy jest utajniona. Ja po prostu nie chcę czekać aż ktoś zginie.
Nie miała pojęcia co i ile może mu powiedzieć. I zasadniczo miała całą stertę własnych spraw, więc tej nie powinna tykać. Ale Brenna była sobą i ani myślała czekać, aż ktoś przewali odpowiednią ilość papierów. Po prostu przekaże później zebrane informacje – i przyspieszy całą sprawę. Dlatego zadbała o szkice, dlatego je rozdawała, dlatego przekopała akta, dlatego sprawdzała pewne rzeczy w bibliotece…
– Do tej pory wiem, że jedna osoba, z biura właśnie, raz padła ofiarą ataku i prawdopodobnie miała paść nią drugi raz. Dwie inne osoby również prawdopodobnie miały zostać zaatakowane. Jedyne, co łączy te wszystkie trzy przypadki: za każdym razem czuły się obserwowane. Wszystkie dostrzegły dziwny cień w pobliżu swojego domu – zrelacjonowała. Brenna potrafiła mówić rzeczowo i bez ozdobników, jeżeli jej na tym zależało. Albo kiedy sprawa była poważna. A ta była.
Przekrzywiła lekko głowę, choć nie pozwoliła, aby na jej twarzy pojawiło się zdziwienie, kiedy Stanley zareagował na informację o tym, że atak może się powtórzyć dość… emocjonalnie. No proszę, a po tym, jak poznała jakieś pięć lat temu pełną historię, co zrobił pan Borgin własnej córce, zapewne za przyklaskiem głowy rodu, a może i z pomocą, Brenna zaczęła podejrzewać, że Borginowie usuwali sobie emocje chirurgicznie. Najwyraźniej jednak coś w Stanleyu pozostało.
– Sądzę, że to prawdopodobne – przyznała. – Jeżeli jednak ta osoba wciąż żyje, być może w tym wypadku nie wybiera konkretnych ludzi, a korzysta… z okazji. I będę wdzięczna, jeżeli podasz jej nazwisko. To już seryjność. Muszę to zgłosić – oświadczyła prosto z mostu.
A potem milczała przez chwilę, walcząc sama ze sobą. Nie lubiła Stanleya. Ale ten, kto został zaatakowany, nie był nim. Poza tym w Brennie wciąż zostało trochę z tamtej nastolatki, która naprawdę nie chciała, aby komuś stała się krzywda.
– Szukałam informacji o tym, co może powstrzymać istoty niematerialne. Podobno pieczęcie. Nie zagwarantuję ci powodzenia, ale jeżeli uznacie, że jest w niebezpieczeństwie, można poszukać specjalisty – podsunęła. Westchnęła, przypominając sobie ten sen… koszmar. – Hogwart, biblioteka, pole w Dolinie Godryka – wyrecytowała, po czym znowu otworzyła notatnik. – Nie sądzę, aby sen był wskazówką. Prędzej coś na jawie. Odwiedzone miejsca są mało prawdopodobnie, dwie z trzech osób mogły być w tych samych, ale jednak nie. Prędzej: ktoś, kogo napotkały tego dnia. Ale w tej chwili trudno to prześledzić, skoro wasz przypadek był w 1969.
Tak, sama szukała powiązań. Victorię i Norę łączyło jedno: Brenna. Ale szczerze wątpiła, aby miała cokolwiek wspólnego z człowiekiem, którego ratował Stanley – chyba że też był to ktoś z jego biura, poza tym czemu miałaby nastąpić przerwa? Sny zdawały się należeć do Victorii, wszystko było z nią powiązanie. Natomiast spotkanie kogoś… to zdawało się Brenne prawdopodobne.
Sięgnęła po szkic, by go zabrać.
– Nie jestem pewna. Gdybym miała zgadywać, to raczej ktoś, kto próbuje go powstrzymać – przyznała. Początkowo, po własnym śnie brała go za zagrożenie, ale przypadek Victorii pokazywał, że drapieżnikiem mógł być tutaj ktoś inny.
– Nie, dziękuję – odparła odruchowo, kiedy wyciągnął ku niej paczkę papierosów, choć nie protestowała przeciwko paleniu. W biurze zawsze unosiły się zapach kawy oraz papierosów. – Nie wiem – przyznała, dość bezradnie rozkładając ręce. – Nie prowadzę tej sprawy. Dopiero zgłoszono ją oficjalnie, brak decyzji z góry. Nie wiem, kto ją dostanie i czy jest utajniona. Ja po prostu nie chcę czekać aż ktoś zginie.
Nie miała pojęcia co i ile może mu powiedzieć. I zasadniczo miała całą stertę własnych spraw, więc tej nie powinna tykać. Ale Brenna była sobą i ani myślała czekać, aż ktoś przewali odpowiednią ilość papierów. Po prostu przekaże później zebrane informacje – i przyspieszy całą sprawę. Dlatego zadbała o szkice, dlatego je rozdawała, dlatego przekopała akta, dlatego sprawdzała pewne rzeczy w bibliotece…
– Do tej pory wiem, że jedna osoba, z biura właśnie, raz padła ofiarą ataku i prawdopodobnie miała paść nią drugi raz. Dwie inne osoby również prawdopodobnie miały zostać zaatakowane. Jedyne, co łączy te wszystkie trzy przypadki: za każdym razem czuły się obserwowane. Wszystkie dostrzegły dziwny cień w pobliżu swojego domu – zrelacjonowała. Brenna potrafiła mówić rzeczowo i bez ozdobników, jeżeli jej na tym zależało. Albo kiedy sprawa była poważna. A ta była.
Przekrzywiła lekko głowę, choć nie pozwoliła, aby na jej twarzy pojawiło się zdziwienie, kiedy Stanley zareagował na informację o tym, że atak może się powtórzyć dość… emocjonalnie. No proszę, a po tym, jak poznała jakieś pięć lat temu pełną historię, co zrobił pan Borgin własnej córce, zapewne za przyklaskiem głowy rodu, a może i z pomocą, Brenna zaczęła podejrzewać, że Borginowie usuwali sobie emocje chirurgicznie. Najwyraźniej jednak coś w Stanleyu pozostało.
– Sądzę, że to prawdopodobne – przyznała. – Jeżeli jednak ta osoba wciąż żyje, być może w tym wypadku nie wybiera konkretnych ludzi, a korzysta… z okazji. I będę wdzięczna, jeżeli podasz jej nazwisko. To już seryjność. Muszę to zgłosić – oświadczyła prosto z mostu.
A potem milczała przez chwilę, walcząc sama ze sobą. Nie lubiła Stanleya. Ale ten, kto został zaatakowany, nie był nim. Poza tym w Brennie wciąż zostało trochę z tamtej nastolatki, która naprawdę nie chciała, aby komuś stała się krzywda.
– Szukałam informacji o tym, co może powstrzymać istoty niematerialne. Podobno pieczęcie. Nie zagwarantuję ci powodzenia, ale jeżeli uznacie, że jest w niebezpieczeństwie, można poszukać specjalisty – podsunęła. Westchnęła, przypominając sobie ten sen… koszmar. – Hogwart, biblioteka, pole w Dolinie Godryka – wyrecytowała, po czym znowu otworzyła notatnik. – Nie sądzę, aby sen był wskazówką. Prędzej coś na jawie. Odwiedzone miejsca są mało prawdopodobnie, dwie z trzech osób mogły być w tych samych, ale jednak nie. Prędzej: ktoś, kogo napotkały tego dnia. Ale w tej chwili trudno to prześledzić, skoro wasz przypadek był w 1969.
Tak, sama szukała powiązań. Victorię i Norę łączyło jedno: Brenna. Ale szczerze wątpiła, aby miała cokolwiek wspólnego z człowiekiem, którego ratował Stanley – chyba że też był to ktoś z jego biura, poza tym czemu miałaby nastąpić przerwa? Sny zdawały się należeć do Victorii, wszystko było z nią powiązanie. Natomiast spotkanie kogoś… to zdawało się Brenne prawdopodobne.
Sięgnęła po szkic, by go zabrać.
– Nie jestem pewna. Gdybym miała zgadywać, to raczej ktoś, kto próbuje go powstrzymać – przyznała. Początkowo, po własnym śnie brała go za zagrożenie, ale przypadek Victorii pokazywał, że drapieżnikiem mógł być tutaj ktoś inny.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.