06.11.2022, 17:47 ✶
Florence nie brała udziału w Marszu. Nie interesowały jej prawa charłaków - podobnie jak nie była zainteresowania ciskaniem w charłaków zaklęć ani wypisywaniem haseł przeciwko ich istnieniu. Nie można było powiedzieć, że Bulstrode zupełnie nic nie wie o polityce - ta czasem zresztą objawiała się pod postacią pacjentów, jak wtedy gdy na oddział trafiały ofiary pojedynków o honor (lub jego brak) Ministra Magii - ale nigdy w nią nie ingerowała.
Tego dnia znalazła się na ulicy Pokątnej niedługo przed swoją zmianą. Jej celem była apteka, w której odbierała wcześniej złożone zamówienie: i wcale, ale to wcale nie była zadowolona, że w celu dotarcia na miejsce, musiała przebijać się przez gęstniejący powoli tłum.
Z torbą pełną mikstur, miała szczery zamiar wyjść na zewnątrz, mimo masy ludzi, przemierzających Pokątną. Otworzyła nawet drzwi, ale ledwo zderzyła się z jedną z kobiet w grupie, cofnęła się nagle do wnętrza sklepu, przemocą wciągając za sobą dziewczynę. Chwilę później gdzieś rozległy się krzyki, ludzie zaczęli na siebie nawzajem najpierw, a - Florence wiedziała - gdyby panna została na zewnątrz, właśnie runęłaby pod nogi uciekających i prawdopodobnie została stratowana. Zamieszanie na zewnątrz narastało, dość szybko parę co bardziej trzeźwych osób wdarło się też do samej apteki, próbując umknąć przed zaklęciami i równie groźną paniką. Właścicielka - dość trzeźwo, może chcąc pomóc, a może w obawie przed zniszczeniem sklepu - gdy w środku zaczęło robić się nadmiernie tłoczno, otworzyła tylne drzwi, wiodące do zaułka na tyłach, a główne zablokowała.
Niemal każdy trzeźwo myślący człowiek natychmiast oddaliłby się w swoją stronę, korzystając, że zaułek łączył się z ulicą, której nie wypełnił spanikowany tłum. Niemal. Florence zazwyczaj myślała dość trzeźwo, ale problem polegał na tym, że była uzdrowicielką. Taką z powołania. Ruszyła więc na około z powrotem: do miejsca, z którego ledwo chwilę wcześniej umykali ludzie. Oczyma wyobraźni (a może oczyma jasnowidza...?) już widziała stratowanych: rannych, martwych.
I faktycznie, nie było wiele lepiej niż sobie wyobrażała. Wprawdzie najgorsze zamieszanie albo się skończyło, albo przeniosło gdzieś indziej, tutaj jednak zostały efekty.
Zakasała szatę i niemal biegiem ruszyła do Seraphiny. Nie przyjrzała się jej, nawet jeżeli więc kiedyś gdzieś na siebie wpadły, nie mogła skojarzyć kobiety. Całą jej uwagę pochłaniał mężczyzna.
- Tak. Sprawdź tę kobietę dalej czy żyje. Jeśli tak, nie pozwól się jej ruszać - rzuciła. Czy Seraphina musiała posłuchać? Oczywiście, że nie, mogła równie dobrze ją zignorować albo sobie pójść. Florence wydała rozkaz niemalże odruchowo, ot przyzwyczajona w świętym Mungu, nawet się nad tym nie zastanawiając, przyjmując, że skoro ta tu klękała, to prawdopodobnie chciała pomóc. Sama sięgnęła po różdżkę, a jej spojrzenie przesunęło się po mężczyźnie. Gdzie, do diabła, byli uzdrowiciele i brygadziści? Tu mogła udzielić tylko doraźnej pomocy: jeżeli zostały uszkodzone płuca albo żebra...
Zacisnęła na moment wargi, a potem wykonała skomplikowany ruch różdżką, tamując krwawienie. Noga wyglądała na złamaną, jej nastawienie i wyleczenie musiało jednak poczekać.
- Ferula - mruknęła, zadawalając się wyczarowaniem bandaży i szyny, które usztywniły kończynę.
Tego dnia znalazła się na ulicy Pokątnej niedługo przed swoją zmianą. Jej celem była apteka, w której odbierała wcześniej złożone zamówienie: i wcale, ale to wcale nie była zadowolona, że w celu dotarcia na miejsce, musiała przebijać się przez gęstniejący powoli tłum.
Z torbą pełną mikstur, miała szczery zamiar wyjść na zewnątrz, mimo masy ludzi, przemierzających Pokątną. Otworzyła nawet drzwi, ale ledwo zderzyła się z jedną z kobiet w grupie, cofnęła się nagle do wnętrza sklepu, przemocą wciągając za sobą dziewczynę. Chwilę później gdzieś rozległy się krzyki, ludzie zaczęli na siebie nawzajem najpierw, a - Florence wiedziała - gdyby panna została na zewnątrz, właśnie runęłaby pod nogi uciekających i prawdopodobnie została stratowana. Zamieszanie na zewnątrz narastało, dość szybko parę co bardziej trzeźwych osób wdarło się też do samej apteki, próbując umknąć przed zaklęciami i równie groźną paniką. Właścicielka - dość trzeźwo, może chcąc pomóc, a może w obawie przed zniszczeniem sklepu - gdy w środku zaczęło robić się nadmiernie tłoczno, otworzyła tylne drzwi, wiodące do zaułka na tyłach, a główne zablokowała.
Niemal każdy trzeźwo myślący człowiek natychmiast oddaliłby się w swoją stronę, korzystając, że zaułek łączył się z ulicą, której nie wypełnił spanikowany tłum. Niemal. Florence zazwyczaj myślała dość trzeźwo, ale problem polegał na tym, że była uzdrowicielką. Taką z powołania. Ruszyła więc na około z powrotem: do miejsca, z którego ledwo chwilę wcześniej umykali ludzie. Oczyma wyobraźni (a może oczyma jasnowidza...?) już widziała stratowanych: rannych, martwych.
I faktycznie, nie było wiele lepiej niż sobie wyobrażała. Wprawdzie najgorsze zamieszanie albo się skończyło, albo przeniosło gdzieś indziej, tutaj jednak zostały efekty.
Zakasała szatę i niemal biegiem ruszyła do Seraphiny. Nie przyjrzała się jej, nawet jeżeli więc kiedyś gdzieś na siebie wpadły, nie mogła skojarzyć kobiety. Całą jej uwagę pochłaniał mężczyzna.
- Tak. Sprawdź tę kobietę dalej czy żyje. Jeśli tak, nie pozwól się jej ruszać - rzuciła. Czy Seraphina musiała posłuchać? Oczywiście, że nie, mogła równie dobrze ją zignorować albo sobie pójść. Florence wydała rozkaz niemalże odruchowo, ot przyzwyczajona w świętym Mungu, nawet się nad tym nie zastanawiając, przyjmując, że skoro ta tu klękała, to prawdopodobnie chciała pomóc. Sama sięgnęła po różdżkę, a jej spojrzenie przesunęło się po mężczyźnie. Gdzie, do diabła, byli uzdrowiciele i brygadziści? Tu mogła udzielić tylko doraźnej pomocy: jeżeli zostały uszkodzone płuca albo żebra...
Zacisnęła na moment wargi, a potem wykonała skomplikowany ruch różdżką, tamując krwawienie. Noga wyglądała na złamaną, jej nastawienie i wyleczenie musiało jednak poczekać.
- Ferula - mruknęła, zadawalając się wyczarowaniem bandaży i szyny, które usztywniły kończynę.