Logan pewnie przyszedłby na przyjęcie bliźniaków sam…
Gdyby nie ten zakład.
Nie odnajdywał się na wystawnych imprezach, w tłumie gadających o pierdołach gości czuł się skrępowany, zażenowany i najczęściej również zirytowany, a jedynym pocieszeniem był zazwyczaj serwowany alkohol. Ale tym razem jeden detal miał mu osłodzić mordęgę związaną z uroczystym przyjęciem i niefortunną przyszłą panną młodą Theona — i to był właśnie wygrany zakład z najmłodszą Prewett.
Seraphinę zauważył już z daleka i wcale nie było to zasługą wybitnie sokolego wzroku — kobieta miała na sobie bufiastą, tiulową sukienkę w odcieniu bladego różu, którą własnoręcznie wybrał jej kilka dni temu. Logan skierował kroki prosto w jej stronę, żeby mogli ostatnie metry dzielące ich od wejścia do rodowej posiadłości przejść razem. Kiedy przed nią stanął, najpierw przez chwilę przyglądał jej się z głupim uśmiechem, a następnie przeciągle zagwizdał; co miało być oczywistym wyrazem uznania. Chociaż może nie tyle dla jej śmiesznej kreacji, co raczej dla jej odwagi. Bo Logan aż do tej pory nie dowierzał, że ona naprawdę to ubierze i w ten sposób wywiąże się z rzuconego wyzwania, stanowiącego część ich zwykłej gry.
Ten pomysł nie był, rzecz jasna, żadnym przypadkiem. Ten róż miał być pamiątką ich pierwszego spotkania. Albo raczej — co bardziej istotne w ich wypadku — ich pierwszego zakładu. Jego pierwszego upokorzenia. Swoistym rewanżem, który rozlewał się słodkim smakiem na podniebieniu.
Gdyby tylko Logan był nieco bardziej wyrafinowanym człowiekiem, być może mógłby zrozumieć i docenić fakt, że ktoś taki jak Seraphina Prewett nawet bladoróżowy, falbaniasty tiul nosi z gracją, że potrafi z niego wydobyć coś więcej, choć na kimkolwiek mniej obytym musiał okazać się zwykłym kiczem. Ale Logan nie był wyrafinowany; wiedział tylko, że ten strój będzie ją drastycznie wyróżniać na tle pozostałych gości Yaxleyów. Przecież właśnie udawali się na polowanie, do cholery.
— Naprawdę ją ubrałaś — skwitował zamiast powitania, nie potrafiąc przegnać z twarzy ironicznego uśmieszku, który zawierał też dużo bezczelnego zadowolenia z siebie. — Gdybym nie był pod takim wrażeniem, może bym nawet zaklaskał.
W zdecydowanie lepszym nastroju skinął w stronę wejścia do posiadłości i ruszył bez ociągania się do środka, oczywiście darując sobie wszelkie uprzejmości w stylu podania ramienia swojej osobie towarzyszącej. Wyglądało na to, że przyszli na tyle wcześnie, żeby być jednymi z pierwszych gości. Logan rozglądnął się po sali, skinieniem głowy powitał na odległość z głową rodziny i kuzynem, ale ponieważ Theon i jego ojciec wyglądali na zajętych sprawami dotyczącymi pożal się boże zaręczyn, Logan postanowił podejść do nich później. Spojrzeniem, którego temperatura opadła natychmiast o kilka stopni, przesunął po sylwetce jego narzeczonej.
Teraz jednak skierował się w stronę Geraldine i spoglądając przez ramię upewnił się, że Seraphina wciąż z nim idzie. Choć oczywiście nie była do niego przywiązana i Logan nawet by ją pobłogosławił, gdyby znalazła sobie jakiegoś miłego kompana na ten wieczór. Zatrzymał się przy misternie ustawionych kieliszkach do szampana i wziął jeden, nie zastanawiając się czy picie przed wzniesieniem toastu jest wskazane. Takie rzeczy nie mogły zaprzątać mu głowy, bo Borgin zwyczajnie się na nich nie znał.
— Geraldine — przywitał się. Złośliwy uśmiech rozciągnął mu wargi. — A to moja urocza towarzyszka, Seraphina Prewett. — Znów przeniósł spojrzenie na kuzynkę i wypił szampana na raz, po czym odstawił pusty kieliszek tuż obok tych wciąż czystych. — Twoje zdrowie. Jesteś wreszcie sama?
Odnosił się oczywiście do jej wiernego towarzysza pochodzącego z rodziny konkurującej z Borginami w biznesie, z którym jego kuzynka wszędzie się szlajała.
just wanna bury them