20.08.2023, 08:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.08.2023, 09:02 przez Brenna Longbottom.)
Charlie żył.
Z prawdziwą ulgą zobaczyła go, kiedy przybył w chwili, w której oddawała Heather Brygadziście. Wygrzebawszy się z dziury, uściskała go po prostu krótko i mocno. Nie protestowała wobec tego, by to on zabrał Wood, skoro czuł się na siłach, a Brygadzista zawsze mógł mu pomóc. Z ulgą przyjęła też informację, że "Dani jest na drzewie" - przynajmniej wciąż żyła. Chociaż co do licha robiła na jakimś drzewie?
- Nic mi nie jest – zapewniła tylko, bo faktycznie, nic jej nie było. Trochę poparzony nadgarstek. I była zmęczona po tej nocy w dziurze, ciągłej walce z żywiołem, ale to wszystko. Nic w porównaniu do jego obrażeń.
Nie wdawała się jednak w dłuższe wyjaśnienia, bo już pognała do kuzynki.
W pierwszej chwili nie rozpoznała Alastora. Nie zauważyła go nawet. Gdy już krzyknęła, że żyją, wzrok znów utkwiła w twarzy Mavelle, przygarnęła do siebie kobietę, jakby chciała ją ogrzać. chociaż sama przecież była przemarznięta. Kiedy Moody się odezwał, uniosła znów głowę i odetchnęła tylko z ulgą na jego widok.
- Harper...? - spytała, ponownie się rozglądając i odetchnęła, gdy wypatrzyła Moody. Nie mogli stracić szefowej Biura Aurorów. Nie teraz. Miała ochotę zapytać o milion rzeczy, ale głos uwiązł jej w gardle. Przełknęła ślinę i dopiero po chwili dała radę się odezwać. - Heather jest nieprzytomna, ale żyje.
Nieprzytomna. Ranna.
Być może nie powinno jej tu być.
Heather sama wstąpiła do Brygady, a jednak Brenna czuła się, jakby to ona ją tutaj wciągnęła. Tak jak Danielle, nawet jeżeli tylko dzięki temu, że Dani tu była, Moss miała szansę… Dopiero teraz Longbottom przypomniała sobie o młodej Brygadzistce, obok której przebiegała. Kolejny dzieciak, wplątany w tę przeklętą wojnę.
Uwolniła Mavelle z uścisku, jakby niechętnie i kiwnęła głową na jego słowa o tym, że zaniesie Bones. Wcale nie chciała wypuszczać Mavelle, ale nie ufała jeszcze do końca w swoje siły, a poza tym coś w wyrazie twarzy Alastora sprawiło... że po prostu pozwoliła mu ją zabrać. Za to gdy wspomniał o Atreusie, spojrzała na niego z niezrozumieniem.
- Co? Kiedy ostatni raz go widziałam, był tylko trochę poparzony, a walka się kończyła. Unieruchomił śmierciożercę, a ja zabiłam... zniszczyłam? Jakąś dziwną, próbującą nas rozgnieść kupę kamieni - wykrztusiła z siebie, kierując pełne przerażenia spojrzenie na nieprzytomnego aurora. Jakim cudem leżał tutaj też tak zimny, jak Mavelle? Co za cuda działy się na tej polanie, przedziwne nawet dla osób, które potrafiły zamieniać ptaki w kubki i kubki w ptaki? Żołądek ścisnął się jej ze strachu, równie mocno jak gdy zobaczyła Mavelle... Ale żył, skoro żył, nic nie było jeszcze stracone. - Nie wiem. Chyba cztery - dodała. Nie była jeszcze pewna, czy Patrick i Victoria są w takim samym stanie: wiedziała tylko, że wczoraj widziała ich leżących razem koło Mavelle. Zakładała, może naiwnie, kierując się rozpaczliwą nadzieją, że skoro Bones wciąż oddycha, że skoro Atreus był żywy, to oni też. Oboje.
Cofnęła się, pozwalając, by Alastor zabrał jej kuzynkę. Zrobiła mu miejsce, a sama dźwignęła się na nogi, by dopaść do Patricka i upewnić, że podobnie jak Bones i Bulstrode i on jeszcze nie odszedł. Przesunęła palcami po jego szyi, szukając pulsu: był równie słaby jak tętno Bones. A skóra Stewarda też zdawała się zimna jak lód.
Brenna zacisnęła szczękę. Patrick Steward nie mógł umrzeć. Jakkolwiek strasznie by to nie zabrzmiało, każde z nich na tej polanie, z nią na czele, było do zastąpienia - może nie dla krewnych, nie dla przyjaciół, ale z tej... większej perspektywy... - poza nim. Potrzebowali go.
Ta myśl sprawiła, że Brenna zmobilizowała energię, jaka jej pozostała. Nie próbowała podnosić żadnego z nieprzytomnych. Chociaż może udźwignęłaby na upartego każde z nich będąc w pełni sił, to na pewno nie teraz. Zamiast tego machnęła różdżką i wyczarowała niewidzialne nosze.
Takie same, na jakich wczoraj przenosili śmierciożercę. Nie widziała go teraz nigdzie, ale i nie zamierzała specjalnie się za nim rozglądać. Jeżeli nie przeżył tej nocy... to w tej chwili niewiele ją to obchodziło. Martwiła się już o nazbyt wiele osób, za wiele imion, z których niektóre wyrzuciła z siebie, gdy zobaczyła brata, krążyło jej po głowie, aby znalazła w sobie choć cień zainteresowania wobec tego człowieka. Który usiłował wczoraj zamordować Danielle za pomocą cholernych słupów majowych. To, że zalał ją ogniem, nie rozzłościło jej nawet w połowie tak mocno.
Rozbroiła go. Jeżeli on nie odpowie na pytanie, będzie próbowała odnaleźć odpowiedzi za pomocą jego różdżki. Później. Kiedy znajdą zaginionych i zajmą się rannymi.
Chciała poprosić o pomoc brata, ale ten… odszedł. Potoczyła za nim spojrzeniem z absolutnym niezrozumieniem, bo ich siostra właśnie tu umierała, ich dowódca może właśnie umierał, jej przyjaciółka była zimna jak lód, współpracownik z biura leżał nieprzytomny…
A Erik postanowił iść porozmawiać z Elliottem Malfoyem. I jakkolwiek Brenna lubiła Elliotta Malfoya, to w tej chwili była wściekła: wściekła, że go tu wpuszczono i wściekła, że od razu go po prostu nie wywalono. Wściekła, że jej brat zamiast zająć się rannymi, ruszył do niego.
Jeżeli Bones później nie skopie tyłków ludzi, którzy go to wpuścili, chyba później zrobi to osobiście, nawet kosztem nagany z pracy. (Bo zawiesić jej w tej chwili raczej nie zawieszą: po tym bałaganie zabraknie rąk do roboty.)
– Potrzebuję pomocy w przetransportowaniu rannych! Są w bardzo złym stanie! – zawołała, zabierając się do próby załadowania jednej z nieprzytomnych osób na nosze. A potem?
Potem miała zamiar dowiedzieć się, gdzie tu do cholery znajdzie jakichś uzdrowicieli i ruszyć w ich stronę.
Jeżeli trzeba, to cóż, trzy razy.
Z prawdziwą ulgą zobaczyła go, kiedy przybył w chwili, w której oddawała Heather Brygadziście. Wygrzebawszy się z dziury, uściskała go po prostu krótko i mocno. Nie protestowała wobec tego, by to on zabrał Wood, skoro czuł się na siłach, a Brygadzista zawsze mógł mu pomóc. Z ulgą przyjęła też informację, że "Dani jest na drzewie" - przynajmniej wciąż żyła. Chociaż co do licha robiła na jakimś drzewie?
- Nic mi nie jest – zapewniła tylko, bo faktycznie, nic jej nie było. Trochę poparzony nadgarstek. I była zmęczona po tej nocy w dziurze, ciągłej walce z żywiołem, ale to wszystko. Nic w porównaniu do jego obrażeń.
Nie wdawała się jednak w dłuższe wyjaśnienia, bo już pognała do kuzynki.
W pierwszej chwili nie rozpoznała Alastora. Nie zauważyła go nawet. Gdy już krzyknęła, że żyją, wzrok znów utkwiła w twarzy Mavelle, przygarnęła do siebie kobietę, jakby chciała ją ogrzać. chociaż sama przecież była przemarznięta. Kiedy Moody się odezwał, uniosła znów głowę i odetchnęła tylko z ulgą na jego widok.
- Harper...? - spytała, ponownie się rozglądając i odetchnęła, gdy wypatrzyła Moody. Nie mogli stracić szefowej Biura Aurorów. Nie teraz. Miała ochotę zapytać o milion rzeczy, ale głos uwiązł jej w gardle. Przełknęła ślinę i dopiero po chwili dała radę się odezwać. - Heather jest nieprzytomna, ale żyje.
Nieprzytomna. Ranna.
Być może nie powinno jej tu być.
Heather sama wstąpiła do Brygady, a jednak Brenna czuła się, jakby to ona ją tutaj wciągnęła. Tak jak Danielle, nawet jeżeli tylko dzięki temu, że Dani tu była, Moss miała szansę… Dopiero teraz Longbottom przypomniała sobie o młodej Brygadzistce, obok której przebiegała. Kolejny dzieciak, wplątany w tę przeklętą wojnę.
Uwolniła Mavelle z uścisku, jakby niechętnie i kiwnęła głową na jego słowa o tym, że zaniesie Bones. Wcale nie chciała wypuszczać Mavelle, ale nie ufała jeszcze do końca w swoje siły, a poza tym coś w wyrazie twarzy Alastora sprawiło... że po prostu pozwoliła mu ją zabrać. Za to gdy wspomniał o Atreusie, spojrzała na niego z niezrozumieniem.
- Co? Kiedy ostatni raz go widziałam, był tylko trochę poparzony, a walka się kończyła. Unieruchomił śmierciożercę, a ja zabiłam... zniszczyłam? Jakąś dziwną, próbującą nas rozgnieść kupę kamieni - wykrztusiła z siebie, kierując pełne przerażenia spojrzenie na nieprzytomnego aurora. Jakim cudem leżał tutaj też tak zimny, jak Mavelle? Co za cuda działy się na tej polanie, przedziwne nawet dla osób, które potrafiły zamieniać ptaki w kubki i kubki w ptaki? Żołądek ścisnął się jej ze strachu, równie mocno jak gdy zobaczyła Mavelle... Ale żył, skoro żył, nic nie było jeszcze stracone. - Nie wiem. Chyba cztery - dodała. Nie była jeszcze pewna, czy Patrick i Victoria są w takim samym stanie: wiedziała tylko, że wczoraj widziała ich leżących razem koło Mavelle. Zakładała, może naiwnie, kierując się rozpaczliwą nadzieją, że skoro Bones wciąż oddycha, że skoro Atreus był żywy, to oni też. Oboje.
Cofnęła się, pozwalając, by Alastor zabrał jej kuzynkę. Zrobiła mu miejsce, a sama dźwignęła się na nogi, by dopaść do Patricka i upewnić, że podobnie jak Bones i Bulstrode i on jeszcze nie odszedł. Przesunęła palcami po jego szyi, szukając pulsu: był równie słaby jak tętno Bones. A skóra Stewarda też zdawała się zimna jak lód.
Brenna zacisnęła szczękę. Patrick Steward nie mógł umrzeć. Jakkolwiek strasznie by to nie zabrzmiało, każde z nich na tej polanie, z nią na czele, było do zastąpienia - może nie dla krewnych, nie dla przyjaciół, ale z tej... większej perspektywy... - poza nim. Potrzebowali go.
Ta myśl sprawiła, że Brenna zmobilizowała energię, jaka jej pozostała. Nie próbowała podnosić żadnego z nieprzytomnych. Chociaż może udźwignęłaby na upartego każde z nich będąc w pełni sił, to na pewno nie teraz. Zamiast tego machnęła różdżką i wyczarowała niewidzialne nosze.
Takie same, na jakich wczoraj przenosili śmierciożercę. Nie widziała go teraz nigdzie, ale i nie zamierzała specjalnie się za nim rozglądać. Jeżeli nie przeżył tej nocy... to w tej chwili niewiele ją to obchodziło. Martwiła się już o nazbyt wiele osób, za wiele imion, z których niektóre wyrzuciła z siebie, gdy zobaczyła brata, krążyło jej po głowie, aby znalazła w sobie choć cień zainteresowania wobec tego człowieka. Który usiłował wczoraj zamordować Danielle za pomocą cholernych słupów majowych. To, że zalał ją ogniem, nie rozzłościło jej nawet w połowie tak mocno.
Rozbroiła go. Jeżeli on nie odpowie na pytanie, będzie próbowała odnaleźć odpowiedzi za pomocą jego różdżki. Później. Kiedy znajdą zaginionych i zajmą się rannymi.
Chciała poprosić o pomoc brata, ale ten… odszedł. Potoczyła za nim spojrzeniem z absolutnym niezrozumieniem, bo ich siostra właśnie tu umierała, ich dowódca może właśnie umierał, jej przyjaciółka była zimna jak lód, współpracownik z biura leżał nieprzytomny…
A Erik postanowił iść porozmawiać z Elliottem Malfoyem. I jakkolwiek Brenna lubiła Elliotta Malfoya, to w tej chwili była wściekła: wściekła, że go tu wpuszczono i wściekła, że od razu go po prostu nie wywalono. Wściekła, że jej brat zamiast zająć się rannymi, ruszył do niego.
Jeżeli Bones później nie skopie tyłków ludzi, którzy go to wpuścili, chyba później zrobi to osobiście, nawet kosztem nagany z pracy. (Bo zawiesić jej w tej chwili raczej nie zawieszą: po tym bałaganie zabraknie rąk do roboty.)
– Potrzebuję pomocy w przetransportowaniu rannych! Są w bardzo złym stanie! – zawołała, zabierając się do próby załadowania jednej z nieprzytomnych osób na nosze. A potem?
Potem miała zamiar dowiedzieć się, gdzie tu do cholery znajdzie jakichś uzdrowicieli i ruszyć w ich stronę.
Jeżeli trzeba, to cóż, trzy razy.
Postać opuszcza sesję
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.