Pewnie właśnie to oddzielało romantyków, marzycieli, od ludzi, którzy realizmem budowali swój świat. Słodkimi marzeniami nie zbudujesz swojego życia. Wiedzieli o tym dorośli, podczas gdy dzieci się dopiero uczyły. Niektórzy zaś z tego nie wyrastali. Laurent doskonale rozumiał, na czym stoi to życie i że nie ważne, jak bardzo byśmy pragnęli, jak bardzo się starali, nigdy nie będzie tu żadnej utopii. Ponieważ to, co powiedziała Victoria Lestrange było prawdą - nie istniało światło bez ciemności. Dobro straciłoby znaczenie, gdyby nie było zła. Ktokolwiek konstruował tę rzeczywistość przewidział, że aby coś doceniać, należy wiedzieć, czym jest poczucie straty. Wiedzieć o tym, a zaakceptować to - rzeczywiście, dwie różne sprawy. Prewett nie był już na tyle młody, żeby walczyć uparcie z prawidłami świata. Zresztą nigdy nie był z niego żaden wojownik. Miotał się dopiero przyparty do ściany i zanosił walki do tych, którzy je toczyć potrafili. I którzy mieli na to więcej siły, niż on. Słowem można kąsać, niektóre bitwy nawet dzięki złotym ustom wygrać. Potem jednak znajdował się ktoś, kto magią pieczętował całą wojenkę. Wszystko, o co się starałeś, mogło zostać pogrzebane jednym zaklęciem. Takie właśnie było to życie i takie były właśnie chwile, do których się odwracano przy najczarniejszych z godzin - niestałe. Gdy jednak znajdziesz coś stałego, co pozwoli ci zachować uśmiech w najtrudniejszym czasie okazuje się, że chyba ze wszystkim można sobie poradzić. Czasem tylko trzeba dać sobie pomóc.
Zerknął na Victorię, kiedy powiedziała o byciu zajętym, dopiero teraz uświadamiając sobie, że mogło to zostać odebrane negatywnie. To, co powiedział. Łatwo było się urazić, albo łatwo mogło zaboleć coś takiego - trochę jak wypomnienie, jak wytknięcie. Nawet jeśli nie wypowiadał tego takim tonem, ciągle zachowując pochlebność. Więc zerknął - i upewnił się, że niezadowolenie, czy ból, nie pokrywają twarzy Księżycowej Pani. Nie pokryła. Luna była łaskawa i chociaż napięta, to chyba się nie dała urazić nie do końca wykalkulowanym zdaniem. Na szczęście. Lub była po prostu taka dobra w ukrywaniu tego. Rzadko trafiały się osoby, które ze swojej twarzy czyniły rzeźbię. Tak, ludzie to sztuka. Trzeba było przyznać, że brak pierścionków na kobiecych palcach bardzo zachęcał do zbliżeń. Do flirtu. Laurent nie żył filozofią, że nie ma ścian do przesunięcia, natomiast kiedy ktoś był zaręczony należało bardziej uważać. Pierścionek nie oznaczał ani miłości, ani spełnienia w niej, czasem wręcz przeciwnie - oznaczał tym bardziej głodnych ucieczki od tego, kogo nigdy nie kochali. Natomiast oznaczał przyrzeczenia, których złamanie niekoniecznie by się podobało opinii publicznej.
Uśmiechnął się na słowa, że byłoby to wtedy bardziej nieszczere. Prawda była taka, że spoglądał dziś na to przyjęcie wyjątkowo nie mając ochoty brylować w towarzystwie w poszukiwaniu uciech. Patrzył i oceniał. Szukał w twarzach, zachowaniach i słowach, kto popierał to, co się stało, a kto się tego wyrzekał. Kto pochwalał, ale z napięciem, a kto z ulgą. Szukał kogoś, z kim można było wymienić parę zdań na ten temat i wyrobić sobie opinię, co dzieje się wśród ludzi. Co tkwi w ich emocjach, w ich głowach. Na co jednak naprawdę liczył to na to, że znajdzie się ktoś taki, jak Victoria. Osoba, która wcale nie unosiła się szczęściem, dumą z czystej krwi, tylko w zamyśleniu i lekkim napięciu tworzyła pejzaż myśli w swojej głowie o... właśnie - o czym? Chciał się dowiedzieć. Wypowiadanie swojego własnego zdania bywało niezwykle niebezpieczne, ale wystarczyła krótka wymiana, żeby wyrobił wrażenie, że kobieta myślała podobnie do niego. Jej odważne, następne słowa tylko to potwierdziły. Odważne w jego mniemaniu.
- Czy czysta krew nie sprawia, że nie ma się o co martwić? - Mroziło mu to krew w żyłach. Czarny Pan mógł tępić mugolaków, mógł nienawidzić istot takich jak charłaki, ale jeśli, wielkie JEŚLI, pozbędzie się ich to co będzie dalej? Nieczystej krwi czarodzieje. Potem? Jak daleko ta nienawiść mogła zostać posunięta. Nie wiedział, czy to szaleniec czy geniusz, który próbował utorować sobie drogę do czegoś większego, zrealizować jakiś plan, ale od wizjonera do szaleńca była bardzo krótka droga. Nie potrzebował tego wiedzieć. Wystarczyło, że nie czuł się bezpiecznie. I nagle świat czystej krwi stał się jeszcze bardziej niegościnny, niż był dotychczas. - Hmm... czyżby praca w Mungu? Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów - Było jeszcze kilka przykładów tego, gdzie Lestrange mogła się ulokować, żeby doba była dla niej teraz za krótka, ale to były dwa najbardziej ikoniczne miejsca, które przychodziły do głowy. Niekoniecznie musiała na to odpowiadać, choć nie uważał tego za pytanie z serii "personalne". - Mijają lata i świat staje się coraz bardziej humanitarny. Wyrozumiały. Akceptujący. Przyznaję, że nie przeraża mnie jeden, hm... Wizjoner. - Ubrał Czarnego Pana w delikatne słowo. Ostrożne. - Przeraża mnie to, na co spoglądam. Nie na bunt. Na dumne poparcie. - Oczywiście, że niektórzy ze strachu. Ale to nie o tych ludzi chodziło. Chodziło o tych, którzy popierali z przekonania. Odwzajemnił spojrzenie Victorii.