Znane osobistości pojawiały się na pokładzie. Gwiazdy sportu, bogacze lub po prostu dobrze urodzeni. Każdy każdego znał. Nawet jeśli nie osobiście, to z okładek Proroka lub popularnych plotek. Wśród nich wirował Martin. Mijane twarze nie mówiły mu nic. Podsłyszane personalia mieszały się z wieloma historiami, które mimochodem usłyszał. I chociaż był na znanym sobie statku brata, poczuł się bardzo obco z każdym kolejnym gościem na pokładzie. Może wzięcie w tym udziału nie było dobrym pomysłem. Może nie był jeszcze gotowy na wypłynięcie w tak wzburzone morze.
A wtedy zawitała znajoma twarz.
— Cześć — odpowiedział Oleandrowi. Poczuł ulgę. Z kuzynem miał taką relację jak z każdym innym dalszym członkiem rodziny — żadną. Ale zbliżony wiek pozwolił im obu zapamiętać chociaż swoje imiona.
— Dziękuję — odpowiedział niepewnie na komplement, po tym, gdy go przemielił przez zaskoczony umysł. Spojrzał na Desmonda. Z Malfoyów kojarzył tylko kilka osób spokrewnionych z kuzynką matki. Eden i... całą resztę.
— Miło mi poznać. — Skłonił się lekko na powitanie, tak jak przystało dobrze wychowanemu czarodziejowi. Preferował to niż uścisk dłoni, chociaż ten uznawał za bardziej naturalny. Ale dotyk to dotyk. A swoich spoconych dłoni wolał nikomu nie oferować. — Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić podczas rejsu.
Mówił szczerze. Skoro się angażował, zależało mu, aby cała ta przygoda odniosła skutek.
Wtedy podeszła do nich Pandora Prewett. Zapewne rozpoznała Oleandra, a nie Martina, w każdym razie trafiła dobrze. Ukrywał głęboką konsternację podczas jej wyjaśnień. Nie miał pojęcia kim jest, ale kojarzył nazwisko jej ojca z listy gości.
— Bardzo dziękuję za informację i zaproszenie. Życzę udanego pobytu.
Skłonił się jej uprzejmie.
Kasyno. Jeśli jakiś Crouch miał się tam pojawić, to tylko po to, by złapać nowych klientów zaplątanych w jakieś problemy finansowe. Chociaż nie, Jack mógł się tak udać w jak najbardziej domyślnym celu.
A skoro o nim mowa...
Z kabiny kapitana wynurzyła się postać pirata. Był czysty, pachnący i świeżo ogolony, ale strój świecił autentycznością przeżycia wielu przygód. Mężczyzna wbiegł po schodkach obok steru i stanął na balustradzie.
— Panie i panowie! Witam wszystkich bardzo serdecznie! Jestem Jack Crouch, kapitan Jasnej Odchłani, czyli tego cudownego statku, po którym państwo stąpacie! Niech was nie zmyli jej rozmiar! Pod pokładem znajdziecie wnętrze spełniające wasze wszystkie potrzeby! Dopóki wszyscy się zbierają, zapraszam do odkrywania swoich sypialni i relaksu na pokładzie. Mamy bardzo ładną pogodę, więc warto korzystać!
Po zakończonej przemowie zsunął się w dół po linie. To było tylko kilka metrów niepotrzebnej fatygi, ale zawsze to jakiś ekstra efekt.
Jack ruszył w kierunku Martina witając się krótko z mijanymi gośćmi. W końcu uścisnął Oleandra.
— Ale wyrosłeś, haha! — Cały czas pamiętał kuzyna z wieku przed-Hogwartowego, a upływ czasu nie mieścił się w jego głowie, tak więc za każdym razem był zaskoczony, gdy ktoś wyglądał inaczej niż te dziesięć lat temu, gdy wyruszył na swoje pierwsze rejsy. Nawet jeśli już widział daną jednostkę wiele razy.
Uścisnął dłoń Desmonda rzucając kilka słów powitania, po czym zarzucił ramię na Martinie.
— Nie uwierzysz, ale matula właśnie dostała sowę. Wcisnęli jej ważną rozprawę, więc zwija się z rejsu. A ojciec, jak to ojciec. No. To zostajesz teraz panem, władcą i głównym wodzirejem tego przyjęcia.
Poklepał brata po ramieniu kilka razy z wielkim uśmiechem i wrócił zamknąć się w swojej kabinie.